Kategoria: Turysta poleca

Książka o wielokulturowej i orientalnej Warszawie

  • okladka_nowa_RGB (3)(10)

 

Książka o wielokulturowej i orientalnej Warszawie

We wrześniu 2021 r. ukazała się bogato ilustrowana (ponad 300 fotografii kolorowych oraz zdjęcia archiwalne)  książka Marii i Przemysława Pilichów „Warszawa wielu kultur” (Wydawnictwo ARKADY). Autorzy, wieloletni działacze  PTTK, znani są czytelnikom „Turysty” m. in. z zamieszczonego w numerze 2 artykułu o najnowszej, olbrzymiej cerkwi Mądrości Bożej w dzielnicy Ursynów przy ul. Puławskiej 568, na samej granicy Warszawy z terenami wsi Mysiadło.

Warszawa była od początku miastem wielu narodów i wielu kultur. Od średniowiecza przyjeżdżali tu kupcy z wielu stron świata, m.in. żydowscy, ormiańscy, serbscy i greccy. Po Powstaniu Listopadowym do Warszawy zaczęli masowo napływać Rosjanie. W 1918 r. żyło w Warszawie 320 tys. Żydów, co stanowiło 42,2 % ogółu mieszkańców. Przykładem wielokulturowości stolicy może

być zespół sześciu cmentarzy na Powązkach. Spoczywają na nich wierni trzech wielkich religii: chrześcijaństwa, islamu i judaizmu, w tym trzech wyznań chrześcijańskich: rzymscy katolicy, luteranie i kalwini oraz oczywiście niewierzący.

Już w ostatnich latach na ulicach stolicy nieomal masowo pojawili się Ukraińcy. Jest ich podobno 200 tysięcy. W siedmiu świątyniach Warszawy (kościołach i cerkwiach) odprawiane są dla nich nabożeństwa w języku ukraińskim. Kolejne miejsca co do liczby mieszkańców zajmują Białorusini, Wietnamczycy, Rosjanie i Hindusi.

Te wszystkie narody pozostawiły i pozostawiają pamiątki swoich kultur w naszym mieście. Omawiana książka jest jakby zaproszeniem, aby zobaczyć te pamiątki. Autorzy w ciekawy sposób opisują m.in. muzeum ikon na Ochocie, cmentarze  ewangelickie , cmentarz prawosławny, ale też tatarski i cmentarz Karaimów. Spośród wielu omówionych świątyń różnych wyznań mało znane są kościoły mormonów, mariawitów, dwa meczety ,świątynia hinduska i kościół (cerkiew) Bazylianów. Niektóre ze świątyń są zaskoczeniem nawet dla mieszkańców stolicy np. najstarsza cerkiew prawosławna Warszawy, z 1818 r, zwana Kaplicą Grecką przy ul. Podwale 5. Wiele narodowości i osób upamiętnionych zostało w nazwach warszawskich ulic i  skwerów jak np. Dobry Maharadża.

 

 

Po górach o każdej porze roku

  • dimage2 (1)(1)
  • dIMG_5279(1)
  • dIMG-20190818-WA0059 (1)(1)
  • dScreenshot_20210413-231132_Photos (1)(1)
  • dScreenshot_20210413-235804_Photos(1)
  • dIMG_5279(1) — kopia
  • dimage2 (1)(1) — kopia
  • d20170627_211630(1)
  • d20170512_120010(1)

…Aby bezpiecznie wędrować po górach o każdej porze roku, trzeba mieć w sobie dużo pokory… – rozmowa Dominiki Szymborskiej z Gosią Ziontecką, podróżniczką, pasjonatką gór, miłośniczką przyrody, ultramaratonów górskich, wspinaczki górskiej i sportowej

 

Dominika Szymborska: Jak zaczęła się Twoja przygoda z górami?

Gosia Ziontecka: Jako dziecko, w każde wakacje, wyjeżdżałam nad morze. Góry były mi obce. W roku 2004 pojechałam na majówkę do mojego taty mieszkającego w Kościelisku. Poszliśmy na wycieczkę do Doliny Jarząbczej, Szlakiem Papieskim. Kwitły krokusy, wystawiały swoje fioletowe główki z zalegającego jeszcze śniegu. I to był ten moment… Zachwyciłam się. I wsiąkłam bez pamięci.

Dominika Szymborska: Kiedy pojechałaś kolejny raz?

Gosia Ziontecka: Rok później. Też w maju. Stopniowo moje wyjazdy stawały się coraz częstsze. Dwa, trzy, cztery razy w roku. W końcu zaczęłam jeździć co miesiąc.

D.S.: Jak znajdowałaś czas         na wyjazdy?

G.Z.: Nie zabierało mi to wiele czasu. Zdarzało się, że wyjeżdżałam tylko na jeden dzień, żeby tylko zaczerpnąć powietrza powyżej 2000 m n.p.m. (śmiech) Zazwyczaj jeździłam pociągiem w nocy z piątku na sobotę. Miałam wówczas na wyprawy całą sobotę i całą niedzielę. Nocowałam w schronisku, wieczorem wracałam kuszetką do Warszawy. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy zbiegałam z Czerwonych Wierchów, z Ciemniaka (2096 m n.p.m.), była już 18.00, pociąg miał odjechać o 20.00. Nagle ktoś zawołał:

– Hej dziewczyno! Dokąd się tak spieszysz?

– Na pociąg! – odkrzyknęłam z uśmiechem i pobiegłam dalej. (śmiech) Trochę surrealistycznie mogła zabrzmieć ta odpowiedź na takiej wysokości.

D.S.: Jeździłaś sama?

G.Z.: Tak. Moi znajomi mieli inne pasje. Poza tym ja wręcz uwielbiałam te samotne wędrówki. Mogłam iść w swoim tempie, rozmyślać, delektować się pięknem natury. Były takie momenty, kiedy dosłownie czułam obecność Boga. Myślałam sobie – to jest zbyt zachwycające, by stworzyła to tak po prostu natura. Często góry były dla mnie ucieczką od problemów, które w sensie przenośnym i dosłownym zostawiałam za sobą. Im dalej, im wyżej przestawały mieć tak wielkie znaczenie, jakie nadawałam im na nizinach. Poza tym podczas samotnych wędrówek jest większa szansa na spotkanie żyjących tam zwierząt. Prawie na każdej wyprawie spotykałam stada kozic. Czasem pozwalały podejść do siebie na wyciągnięcie ręki, czasem przez kilka godzin wędrowały razem ze mną. Spotykałam też lisy, najczęściej zimą. Latem uwielbiałam przyglądać się świstakom. Czasem jeden z nich stał na tylnych łapkach, wydając ten głośny, charakterystyczny świst. Czasem były ich całe gromadki bawiące się między skałami. Przykucałam wtedy, prawie wstrzymując oddech, zamierałam, aby móc dłużej je poobserwować.

D.S.: Wyjeżdżałaś tylko latem?

G.Z.: Na początku tak. Bałam się wędrować zimą, nie miałam doświadczenia ani wiedzy. Ale zima coraz bardziej mnie kusiła. Zapisałam się na tygodniowy kurs zimowej turystyki wysokogórskiej w Tatrach Zachodnich, na którym uczyłam się chodzić w rakach, hamować upadki i samoasekurować się czekanem, a także asekuracji lotnej z liną, podstaw przetrwania czy budowania jamy śnieżnej na wypadek konieczności spędzenia nocy na szlaku. Zrobiłam też kurs lawinowy, czytałam dużo książek, poradników górskich, biografii naszych polskich himalaistów. Z zimą nie ma żartów! Aby bezpiecznie wędrować po górach o każdej porze roku, trzeba mieć w sobie dużo pokory. Umieć odpuszczać. Nie upierać się, by za wszelką cenę zrealizować cel. Umiejętność oceny sytuacji i podjęcie w krytycznym momencie odpowiedniej decyzji może uratować życie.

D.S.: Jak dalej rozwijała się Twoja górska przygoda?

G.Z.: Po kilku latach, kiedy moje wędrówki stały się bardziej ekstremalne, pojawiła się potrzeba nabycia nowych umiejętności. W ciągu dwóch lat zrobiłam kurs wspinaczki skalnej na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, zaraz po nim letni kurs taternicki, w kolejnym roku zimowy. To otworzyło przede mną nowe możliwości spędzania czasu w Tatrach. Zaczęłam się wspinać. Po stronie polskiej i słowackiej, latem i zimą. W terenie mikstowym i na lodospadach. Zachwyciłam się na nowo! Wspinanie i bliski kontakt ze skałą dostarczały mi zupełnie nowych doznań. Pokochałam to. W każdym momencie mogę odtworzyć sobie zapach rozgrzanego granitu, jego strukturę, kępki traw, porosty lub kwiatki wyrastające z gołej, surowej skały, gdzieś na 2000 m n.p.m. I motyle! To niesamowite, że zawsze, kiedy się wspinam, leci przy mnie motyl. Zawsze. Nazwałam go swoim Aniołem Stróżem. Czuję, że mnie chroni. Dzięki niemu czuję się bezpieczniej.

D.S.: Opisujesz to wszystko z takim zachwytem!

G.Z.: Tego nie można opisać inaczej. Takich emocji, uniesień i zachwytów nie przeżywałam w żadnym innym miejscu. Dla mnie samotne wędrówki, sam akt wspinania połączony z przepięknymi, urokliwymi widokami szczytów, dolin, stawów, na które patrzyłam z góry, powodują niemal ekstazę, metafizyczne doznania. Najbardziej lubię, kiedy wieje wiatr, rozwiewając chmury. Zatrzymuję się wówczas, obserwując, niemalże jak w teatrze, jak biała kurtyna z chmur, zasłaniająca wszystko, powoli rozchyla się, a oczom widza ukazują się wyłaniające z mgły skalne wierzchołki i ogromna przestrzeń. Po chwili znowu wszystko spowija mgła, widoczność ogranicza się do kilka metrów, by po chwili spektakl rozpoczął się nowo.

D.S.: Niezwykłe doznania. Zastanawiam się jednak, jak to możliwe, że nie znudziło Cię jeszcze chodzenie wciąż tymi samymi szlakami, oglądanie tych samych widoków?

G.Z.: Znudziło? (śmiech) Tatry są dla mnie jak narkotyk. Doznaję ekstazy za każdym razem, kiedy tam jestem. Kocham tam wszystko. Wiesz, że ten sam szlak za każdym razem jest inny? W zależności od pory roku, od pogody, pory dnia, układu chmur na niebie, które wpływają na kolory, które widzisz, od strony, którą dany szlak pokonujesz, od słońca, który oświetla góry o każdej porze dnia i roku inaczej…

D.S.: Przekonałaś mnie. Nie patrzyłam na to nigdy w ten sposób. Aby móc skupić się na tych wszystkich szczegółach, zauważać je, potrzebna jest cisza, brak ludzi. Czy nie przeszkadza Ci zatem, że zawsze jest tam tak dużo turystów?

G.Z.: Nie. (śmiech). Wiem, jak omijać godziny szczytu. Wychodzę zazwyczaj przed świtem, kiedy większość turystów jeszcze słodko śpi. Gdy oni ruszają na szlaki, ja jestem już wysoko. Spotykam ludzi tylko w drodze powrotnej. Czasem, kiedy jeżdżę w góry w tygodniu, nie spotykam nikogo. Omijam też dni świąteczne, majówki itp.

D.S.: Wiem, że masz trójkę dzieci. Czy one również dzielą Twoją pasję?

G.Z.: Starsza dwójka była ze mną górach tylko kilkanaście razy. Nauczyłam ich jeździć na nartach, zabierałam na piesze wędrówki. Jednak nie było ich wiele. To był trudny dla mnie czas. Nie miałam niestety możliwości wyjazdów na tyle częstych, by zaszczepić w nich pasję gór. Chociaż… Teraz, kiedy są już dorośli, jeżdżą w góry ze swoimi partnerami. Jednak nie zwariowali na ich punkcie tak bardzo jak ja. (śmiech) Natomiast co do mojej najmłodszej córki, obecnie już dwunastolatki, ją zabierałam w góry od najmłodszych lat. Nigdy nie zapomnę, kiedy jako trzylatka pokonywała samodzielnie, sięgające jej czasem po pachwiny stopnie na Ścieżce nad Reglami. Jako czterolatka weszła na własnych nóżkach do Doliny Pięciu Stawów. W kolejnym roku weszła na przełęcz Karb i Kasprowy Wierch, zimą, od strony Kuźnic. Dwa lata temu zrobiła ze mną Koronę Gór Polski na jednej wyprawie – 28 szczytów w 25 dni. W samochodzie miałyśmy zapas żywności, wody, ubrań, a nawet namiot, kuchenkę, jedzenie liofilizowane. Spałyśmy w namiocie, schroniskach, w domu parafialnym. Fantastyczna przygoda. Oliwia zrobiła to ze śpiewem na ustach i czasem – gdy ja marzyłam już tylko o tym, aby przybrać pozycję poziomą – mówiła: „Mamo, zróbmy dziś trzeci szczyt, będzie mniej na jutro”. (śmiech) Zabierałam ją też na kilkudniowe wyprawy rowerowe wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego, spałyśmy w namiocie, rano go zwijałyśmy i jechałyśmy dalej. Nauczyłam ją wspinaczki, dziś chodzi regularnie na sekcję wspinaczkową.

D.S.: To naprawdę niezwykłe… Słyszałam, że biegasz po górach?

G.Z.: Po trekkingu i wspinaniu przyszedł czas na kolejną aktywność – bieganie po górach. Postawiłam sobie cel i zarazem wyzwanie: Czy niebiegająca nigdy kobieta po czterdziestce może przebiec ultramaraton górski? Na cel wyznaczyłam sobie Tatra Fest 61km, 4130 m pod górę. Po dwóch latach intensywnych treningów przebiegłam Tatra Fest z wynikiem 13 godzin – 2 godziny przed limitem! Jednak nie był to, jak planowałam, mój pierwszy ultramaraton. Pół roku wcześniej dostaliśmy z moim partnerem propozycję wzięcia udziału w Biegu Rzeźnika w parach (nieoczekiwanie dostaliśmy pakiet). Nie zgodziłam się, przecież to było 84 km po górach, a ja do tej pory przebiegłam tylko półmaraton w mieście! Treningi miałam rozpisane z uwzględnieniem startu w Tatrach w sierpniu. Poza tym, jakim cudem my, żółtodzioby biegowe, mamy pobiec w dwóch ultra w dwumiesięcznym odstępie czasu?? Ostatecznie podjęliśmy jednak wyzwanie. I udało się! 16 godzin biegu po pięknych Bieszczadach. Dobiegliśmy zmęczeni, obolali, ale szczęśliwi. Jak się ponownie okazało, chcieć to móc!

D.S.: Co byś poradziła czytelnikom?

G.Z.: …że najważniejsza w życiu, poza rodziną, jest pasja. To coś, co zawsze działa, zawsze nas pocieszy w trudnych chwilach, wzmocni, rozwinie, doda życiu smaku i radości. I jak udowodniłam sobie samej – nie ma, że nie mogę, nie ma, że już nie w tym wieku, nie ma, że za trudno… itd. Macie marzenia? Jest coś, co powoduje, że pojawia się błysk w waszych oczach i motyle w brzuchu? Nie rezygnujcie! Wchodźcie w to! Bierzcie życie za rogi! Co macie do stracenia? Najwyżej się nie uda.

A jak się uda…. będziecie najszczęśliwsi na świecie!

Święty Onufry z Beskidu Makowskiego

  • Figura św. Onufrego(2)
  • Kapliczka św. Onufrego(1)
  • Międzynarodowa Trasa Pielgrzymkowa – Szlak Maryjny (1)(1)
  • Święty Onufry(1)

Kapliczki, krzyże i figury przydrożne to nieodłączny element krajobrazu kulturowego ziemi beskidzkiej. W gminie Stryszów położonej na pograniczu Beskidu Makowskiego, Beskidu Małego i Pogórza Wielickiego znajduje się ponad siedemdziesiąt kapliczek.

 

Rozsiane są przy drogach, stoją na bezdrożach, na skraju lasu, w środku pól lub na beskidzkim szlaku. Większość z nich pochodzi z XVIII i XIX wieku. Każda ma swoją historię. Figura św. Onufrego stoi tuż przy zachodnim wierzchołku góry Chełm, wzniesienia o wysokości 603 m n.p.m. Można tutaj dotrzeć szlakiem czerwonym z Palczy lub Zembrzyc oraz szlakiem niebieskim ze Stryszowa. To ładny, cichy i prawie całkowicie zalesiony teren obejmujący północną część Beskidu Makowskiego. Szlak wiedzie przez pięknym, bukowym lasem. Jeszcze kilkanaście lat temu na próżno było tu szukać wędrowca, bowiem docierali tu tylko nieliczni koneserzy mniej znanych beskidzkich szlaków. Święty Onufry stał zatem samotnie i z rzadka zerkał na przechodzących obok turystów. Dziś miejsce to tętni życiem… Dlaczego? Otóż przez Pasmo Chełmu przebiega coraz bardziej popularny Mały Szlak Beskidzki łączący Beskid Mały, Makowski i Wyspowy, w skrócie nazywany MSB. Liczy on 137 km, rozpoczyna się w Bielsku-Białej (w dzielnicy Straconki), a kończy na Luboniu Wielkim w Beskidzie Wyspowym.

 

Wróćmy jednak do Onufrego… Figura datowana jest na rok 1681, choć niektórzy podają datę 1564. Nie wiemy, skąd taka rozbieżność – pewne jest jednak, że kapliczka ma ponad trzysta lat. Kult świętego Onufrego, rozpowszechniony w tej części Beskidu Makowskiego już w XVII wieku, był związany z założeniem pobliskiej Kalwarii Zebrzydowskiej i prężnie rozwijającym się tu ruchem pielgrzymkowym.

 

Miejscowa legenda mówi, że święty wędrował po okolicy w przebraniu „nędznego dziada”. Czasem ktoś dał mu coś do jedzenia, czasem wpuścił do chałupy, aby zmarznięty wędrowiec mógł ogrzać się przy ogniu. Któregoś dnia we wsi urodziło się dziecko. Nikt nie chciał zostać jego chrzestnym, albowiem rodzina była uboga, a życie noworodka zapowiadało się nader skromnie. Rodzice wpadli więc na pomysł, aby dziecko do chrztu trzymał ów wędrowny dziad. Przyjęli więc świętego pod dach, a gdy to uczynili, bieda zniknęła z ich domu.

 

Kim był naprawdę święty Onufry? Żył w IV wieku, a miejscem jego działalności były tereny dzisiejszego Egiptu. Nazywa się go „wielkim pustelnikiem”, bowiem na pustyni spędził aż sześćdziesiąt lat. Jest patronem pielgrzymów, wędrowców i tkaczy. W ikonografii przedstawiany jest zazwyczaj jako starzec z długimi, białymi włosami i brodą sięgającą do ziemi – bez ubrania, a jedynym jego okryciem są nieobcinane od lat włosy. Jego figury stawiane były od wieków przy ważnych szlakach pątniczych wiodących przez Europę.

 

Przez Pasmo Chełmu w Beskidzie Makowskim biegnie również Międzynarodowa Trasa Pielgrzymkowa – Szlak Maryjny o ponadregionalnym znaczeniu. To ciekawa, choć wciąż mało znana na naszym terenie, droga pielgrzymek. Szlak łączy słynne ośrodki kultu maryjnego w Europie, prowadząc z Częstochowy do bazyliki w Mariazell (Austria). Powstał na bazie już istniejących szlaków pieszych lub rowerowych. W 2006 roku rozpoczęto prace nad oznakowaniem polskiego odcinka Szlaku Maryjnego wiodącego z Częstochowy do Zakopanego o długości 323 km. Wędrując Pasmem Chełmu, zobaczymy tabliczki informujące nas, że do pobliskiego sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej zostało jeszcze 12 km. Szlak prowadzi dalej, na południe, w kierunku Makowa Podhalańskiego, Jordanowa, Ludźmierza i Zakopanego.

 

Jaką tajemnicę skrywa beskidzki Onufry? Niegdyś figurę św. Onufrego spod Chełmu można było swobodnie obracać dookoła, dzięki zamocowanemu w podstawie rzeźby żelaznemu bolcowi. Wędrowcy wierzyli, że ustawienie figury świętego twarzą do kierunku drogi zapewni pomyślność w podróży i uchroni przed niebezpieczeństwem.

 

Na terenie gminy Stryszów stoi jeszcze jedna figura świętego Onufrego, co jest ewenementem w skali kraju. Drugi Onufry znajduje się przy wiejskiej drodze w Stroniu – przycupnął pod lipą, niedaleko Strońskiej Góry. Na kamiennej podstawie widnieje data 1769. Kapliczka upamiętnia czasy konfederacji barskiej i bitwę stoczoną na tym terenie z wojskami rosyjskimi, podczas której do niewoli trafił Maurycy Beniowski, późniejszy król Madagaskaru.

 

I na koniec ciekawostka. O tym, jak ważny jest św. Onufry dla ziemi stryszowskiej, świadczy fakt, że w 2004 roku postać tego świętego znalazła się w herbie Stryszowa.

 

Tekst i zdjęcia Agnieszka Cygan

Na Głównym Szlaku Świętokrzyskim i nie tylko…

  • view-2833901_1920
  • kimg174990.jpg

Wchodząc po raz kolejny na Główny Szlak Świętokrzyski im. Edmunda Massalskiego, celem weryfikacji przed wznowieniem przewodnika dla Wydawnictwa "Compass", w głowach autorów zaświtał pewien pomysł. Do nowej formuły trzeba było przekonać wydawcę, co kosztowało trochę wysiłku. Trudne, nie tylko dla wydawców jest złamanie formuły przyjętej dla serii. Nasze argumenty – przedłużenie wycieczki najkrótszym z głównych szlaków, (niespełna 100 km) o ponad 120 km, zobaczenie fragmentów Gór Świętokrzyskich, którymi rzadko wędrują turyści, poznanie ciekawych zabytków architektury i przyrody itd. W sumie, po pokonaniu całości poznaje się większość ciekawych szlaków Gór Świętokrzyskich.

 

Udało się! Przewodnik otrzymał nowy tytuł. „”. Owa dwa zamki to olbrzymi, w swoich czasach największy w Europie, zamek w Ujeździe i zamek w Chęcinach. Wyprawę skończyliśmy na peronie stacji Wierna Rzeka. Ilu z nas pamięta, że z ziemią świętokrzyską związane są nazwiska wielu pisarzy: m.in. Żeromskiego, Sienkiewicza, Niziurskiego. Ta wyprawa to spotkania z historią naszego kraju. w wielu wymiarach.  Pokonanie GSŚ i plusa pokazało jak wiele zmieniło się w okresie czterech lat dzielących wydania. Niestety, coraz więcej asfaltu, znikające pola, na których jak grzyby po deszczu wyrastają domy. Powoli znikają piękne widoki, szlaki są coraz częściej spychane na drogi. Nowoczesność i komercja dosięgają turystów. Czas się spieszyć by w pamięci, nie tylko kart, pozostały piękne panoramy, szum lasów i piękne, jesienne kolory buków.

Osobom pierwszy raz wybierającym się w ten rejon, zalecamy zarezerwowanie sobie dwóch dni na zwiedzanie Kielc. Ilość atrakcji zaskoczy niejednego (patrz wykaz wybranych atrakcji). Pokonywanie GSŚ zaczynamy w Kuźniakach, gdzie spotkaniu z nim towarzyszą pozostałości wielkiego pieca.  a potem prawie 100 km wędrówki, w trakcie której poznamy liczne obiekty przyrodnicze, m.in. dawne kamieniołomy na Ciosowej i Grodowej, Diabelski Kamień, Łysicę, gołoborza. Atrakcji architektonicznych też nie zabraknie: ruiny pieca hutniczego w Kuźniakach, klasztor i kościół w Świętej Katarzynie no i oczywiście „gwóźdź” programu zespół klasztorny na Świętym Krzyżu. Końcówka to wędrówka pięknym Pasmem Jeleniowskim. I tu niespodzianka… Na końcu pięknej lipowej alei, tuż przy drodze wojewódzkiej, znajduje się kamień z tablicą i znakiem końca szlaku, taki sam jaki widzieliście w Kuźniakach. Podobnie jak tam, wprowadza on wędrujących w błąd. Tam znak początku szlaku znajduje się na drogowskazie przy przystanku autobusowym, tu należy skręcić w lewo i dojść też do przystanku autobusów jadących w kierunku Kielc. Znak końca szlaku znajduje się za przystankiem, na drzewie na wprost drogi do Modliborzyc. Tam też widnieje znak początku czerwonego szlaku nizinnego, który poprowadzi nas do Ujazdu. To początek Plusa. Po dotarciu i zwiedzeniu zamku w Ujeździe, z trasy roztaczają się rozległe widoki na pokonane przez nas pasma, Wyżynę Sandomierską i mało znane i rzadko odwiedzane pasma Wygiełzowskie i Iwaniskie. Po dojściu do Iwanisk schodzimy ze znakowanych szlaków. Początkowo idziemy drogą, by w pewnym momencie skręcić w las i wejść na nieoznakowany odcinek wędrówki. Tu należy wykazać się dobrą orientacją i tzw. nosem. Staraliśmy się go opisać najdokładniej jak to było możliwe, ale…  dużo zależy od pory roku i pogody. Bujna roślinność potrafi znacznie utrudnić jego przejście, jednak tym większa jest satysfakcja z pokonania. Po przejściu Pasma Iwaniskiego docieramy do Łagowa. A dalej już łatwizna - niebieskim do Chęcin. Po drodze granióweczka na Zamczysku, spotkanie z partyzantami Barabasza, wspinaczka na Sikorze, Otrocz, Telegraf, Pierścienicę, Partol, Jaskinia Piekło i docieramy do Chęcin. Tu czeka na nas żółty szlak, którym przez Grzywy Korzeckowskie i Grząby Bolmińskie dotrzemy do stacji Wierna Rzeka, gdzie zakończymy naszą wędrówkę by powrócić za rok na pozostałe szlaki świętokrzyskie. Jeszcze ich trochę pozostało a na każdym znajdziemy coś ciekawego. Opisy szlaków uzupełniliśmy o dodatkowe informacje dotyczące ciekawych miejsc leżących również w pobliży szlaków, krótkie charakterystyki pasm, legendy.

Na zakończenie kilka uwag, które nasunęły się nam w czasie pisania przewodnika. Osoby odpowiedzialne za stan szlaków i ich przebieg czeka w najbliższym czasie sporo pracy. Konieczne wydaje się przełożenie fragmentu biegnącego drogą Kielce – Zagnańsk. Duże natężenie ruchu i brak poboczy stanowią realnie duże zagrożenie dla pieszych. Czas najwyższy załatwić dodanie do oficjalnego wykazu punktów GOT odcinka Sosnowica - Dąbrówka (odcinek na głównym szlaku, którego brak w wykazie i to od lat!!!!). Podobnie odcinek drogowy w Masłowie, co zapewne będzie trudne. Osobiście wchodziłem na Klonówkę ścieżką od drogi do Mąchocic Kapitulnych. Czas pomyśleć o jakimś nowym wariancie zejścia do przełomu Lubrzanki. Obecny, szczególnie po opadach, jest niebezpieczny. Co z fragmentem w Trzciance? Wydaje się, że zamknięcie fragmentu prowadzącego od drogi przez pole do Trzcianki to tylko kwestia czasu. Może warto uprzedzić i skorygować – drogą w lewo do nieodległego skrzyżowania i w prawo do Trzcianki. Czas pomyśleć o jakiejś kładce nad Słupianką. Po większych opadach JEST problem z jej pokonaniem. Końcówka w Paśmie Jeleniowskim. Myślę, że warto zastanowić się, o ile to wykonalne formalnie, nad poprowadzeniem szlaku z Truskolaski na wschód do drogi Michałów – Gołoszyce. Schodziłem i było dużo fajniej, niż obecnym szlakiem.

Otwartą sprawą pozostaje przebieg trasy przez Pasmo Iwaniskie. To, podobnie jak Wygiełzowskie praktycznie turystycznie nieznane pasma, a szkoda. Czas pomyśleć… działacze do dzieła!

Szlak niebieski. Tu ze względu na nazwijmy to problemy urbanizacyjne, będzie chyba sporo problemów. Mnie szczególnie utkwił w pamięci odcinek Zalasna droga wojewódzka. Nie dość, że duża łąka bez możliwości oznakowania to jeszcze wylane... fekalia. Reakcja odpowiedniego organu nadzoru na zgłoszenie … "tak wiemy, ale co możemy zrobić, często to robią". Hmmm.

Jest, nad czym myśleć. No i brak w punktacji GOT odcinka Daleszyce - Sikorza…

I na koniec marzenie: wydłużenie żółtego z Grząbów Bolmińskich przez Milechowską na Miedziankę. Może kiedyś… Chyba nie dożyję… Zapraszamy na świętokrzyskie szlaki. Spieszmy się, tak szybko tracą na urodzie…

Może czas zacząć dyskusję nad zmianami na pozostałych szlakach głównych? Na pierwszy ogień: niech wreszcie Główny Szlak Sudecki przebiega przez Śnieżkę. Nie sądzę by wpłynęło to znacząco na wzrost liczby turystów na nią wchodzących. Od dziesiątek lat nie rozumiem omijania królowej Sudetów. O zmianę blach zdobywców głównych szlaków górskich nie śmiem prosić. Dla mnie obecne to wyjątkowo nieudane projekty.

Marek Wołoszyński

 

Moja Ojczyzna w Dolinie Kamiennej

„Moja Ojczyzna w Dolinie Kamiennej” - pod takim hasłem, w 1997 roku, z okazji obchodów 400 - lecia założenia Ostrowca Świętokrzyskiego, Oddział Świętokrzyski PTTK im. Stanisława Jeżewskiego  po raz pierwszy zorganizował konkurs krajoznawczy dla dzieci i młodzieży szkolnej, który w następnych latach stał się etapem oddziałowym Ogólnopolskiego Młodzieżowego Konkursu Krajoznawczego „Poznajemy Ojcowiznę” organizowanego przez Zarząd…
Read more

Nasi Nobliści. 56 laureatów znad Wisły, Odry i Niemna

John Maxwell Coetzee, Swietłana Aleksijewicz, Henri Bergson – co najsłynniejsi światowi nobliści mają wspólnego z Polską? O wiele więcej, niż moglibyśmy się spodziewać! Maria i Przemysław Pilichowie prezentują sylwetki najwybitniejszych laureatów Nagrody Nobla o polskich korzeniach. „Nasi Nobliści. 56 laureatów znad Wisły, Odry i Niemna” w księgarniach już od 21 października. październik-grudzień 4(4) W 2019…
Read more

Powstała Polska Rada Turystyki

Przedstawiciele kilkunastu izb turystycznych podjęli decyzję o połączeniu sił w walce o przetrwanie branży turystycznej. W czwartek 5 listopada 2020 r. powołano Polską Radę Turystyki. Założeniem Rady jest wielowariantowa reprezentacja wszystkich podmiotów powiązanych z branżą turystyczną działających zarówno na terenie Polski jak i poza jej granicami. Celem przyświecającym organizatorom Rady, jest powołanie silnej reprezentacji do…
Read more

Bogactwo florystyczne Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Wycieczka rowerowa.

Warszawa, jako jedyna europejska stolica funkcjonuje w bezpośrednim sąsiedztwie parku narodowego. Znajdująca się na północnych peryferiach miasta Puszcza Kampinoska nie jest jednak jedynym z dużych kompleksów leśnych, otaczających metropolię. By poznać cały tak zwany “Zielony Pierścień Warszawy”, należy powiedzieć jeszcze o dwóch innych niezwykłych miejscach: Chojnowskim Parku Krajobrazowym i Mazowieckim Parku Krajobrazowym (MPK). Ten ostatni…
Read more

Tatry i Zakopane w ilustracji Walerego Eljasza-Radzikowskiego

  • R.Kuty okładka jpg
  • R.Kuty Tatry i Zakopane – plakat

Nareszcie książka na miarę zasług Walerego Eljasza-Radzikowskiego w dziedzinie popularyzacji Tatr i Zakopanego. Dotychczas nie istniała publikacja ukazująca w tak szerokim zakresie dokonania artysty. Większość poświęconych mu prac miała charakter przyczynkarski. A przecież Walery Eljasz-Radzikowski to wybitny krajoznawca i autor sześciu wydań najpopularniejszego w jego czasach przewodnika oraz płodny grafik i malarz oraz – o czym często zapominano – fotograf. Można powiedzieć, iż egzystował na marginesie zainteresowań tatrologicznych.

Chcesz kupić?... www.antykwariat-filar.pl  Wydawnictwo, Księgarnia, Antykwariat Górski "Filar" Henryk Rączka, ul. Alabastrowa 98, 25-753 KIELCE

Autor niniejszego książki, Radosław Kuty, po raz pierwszy podjął udaną próbę całościowego opracowania dokonań Eljasza w zakresie jego twórczości ikonograficznej. Kilkuletnie, żmudne, dociekliwe poszukiwania i badania zasobów wszelkich źródeł, a przede wszystkim archiwów muzealnych i kolekcji prywatnych przyniosły imponujący skutek ilościowy i jakościowy. Przeważającą część prac plastycznych i fotograficznych Eljasza czytelnik ma okazję obejrzeć po raz pierwszy.

Dobór i układ ilustracji pozwala prześledzić proces twórczy artysty od szkicu, impresji akwarelowej zawartej w sztambuchach, do w pełni rozwiniętego malarstwa olejnego, akwaforty czy drzeworytu.

Szczególnie bogaty dział fotografii i dział drzeworytów czasopiśmienniczych w realistyczny sposób dokumentuje wizerunek Tatr i turystyki ówczesnej epoki, to jest drugiej połowy XIX wieku.

Książka świetnie napisana i zilustrowana w pełni zadowoli zarówno początkujących amatorów poznania działalności Walerego Eljasza – Radzikowskiego i poprzez niego poznania historii tatrzańskiej turystyki, jak i zaawansowanych znawców tematu, umożliwiając im pogłębienie analityczne.

Przejrzysta konstrukcja książki łączy w sobie wszystkie cechy historycznej pracy naukowej z wymogami przystępności popularnonaukowej. Bogata bibliografia, liczne i szczegółowe przypisy dopełniają encyklopedycznego charakteru tej książki. Autor sprawnie wyręcza czytelnika z konieczności odszukiwania dodatkowych informacji rozszerzających.

Wszystkim zainteresowanym twórczością Walerego Eljasza-Radzikowskiego oraz szeroko pojętym tematem sztuki i turystyki tatrzańskiej gorąco polecam książkę autorstwa Radosława Kutego.

Andrzej Petrykowski

O  mnie

Radosław  Kuty (1979); historyk, doktorant   w  Instytucie  Historii Uniwersytetu  im. Jana  Kochanowskiego  w  Kielcach, autor  publikacji  naukowych  dotyczących  Tatr  i  Zakopanego  oraz  historii  ziemiaństwa  polskiego. Zainteresowania  badawcze: prasa  polska 1864-1939  ze  szczególnym  uwzględnieniem  tematyki  tatrzańskiej  i  zakopiańskiej. Ikonografia  i  fotografia  tego okresu. Przygotowuje  prace: Obraz  Tatr  i  Zakopanego  na  łamach  prasy  warszawskiej  1860-1914 (rozprawa  doktorska)  oraz  Tatry  i  Zakopane  w  reklamie. Od  okresu  autonomii  galicyjskiej  do  1939 roku.

O  wydawcy

Antykwariat  Górski  Filar  w  Kielcach: założony  w  1986  przez  przewodnika  tatrzańskiego, bibliofila  i  kolekcjonera  Henryka  Rączkę, zaliczany  przez  znawców  do  najlepszych-a  zarazem  najlepiej  zaopatrzonych-antykwariatów  w  kraju. Poza  sprzedażą  prowadzi  działalność  edytorską, współorganizuje  wystawy  oraz  udziela  archiwalne, historyczne  obiekty  ikonograficzne  różnym  wydawnictwom. Jest  także  wyłącznym  dystrybutorem  wybranych  pozycji  literatury  górskiej.

Patroni medialni

„Taternik”, „Poznaj Świat”, Centralna  Biblioteka PTTK  w  Warszawie, Biblioteka Uniwersytecka  w  Kielcach, Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, „Tygodnik Podhalański”, „Towarzystwo Karpackie”, Planeta  Gór (portal społecznościowy)

Wykorzystane zbiory

Ośrodka  Dokumentacji  Tatrzańskiej  Tatrzańskiego  Parku  Narodowego  im. Zofii  Radwańskiej-Paryskiej  i  Witolda H. Paryskiego, Muzeum  Tatrzańskiego  w  Zakopanem, Muzeum  Narodowego  w  Krakowie, Muzeum  Etnograficznego  im. Seweryna Udzieli w  Krakowie, Muzeum  Historycznego  Miasta  Krakowa, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki  Głównej  Uniwersytetu  Ekonomicznego  w  Krakowie, Biblioteki  Narodowej, Muzeum  Okręgowego  w  Lesznie, Muzeum  Ziemi  Kujawskiej  i  Dobrzyńskiej  we  Włocławku, Muzeum  Miejskiego  w  Zabrzu, Muzeum  Józefa Ignacego  Kraszewskiego  w  Romanowie, Mazowieckiej  Biblioteki Cyfrowej, internetowej  encyklopedii  Wikipedia  oraz  kolekcje  prywatne: Andrzeja Petrykowskiego, Henryka  Rączki, Wiesława  Siarzewskiego, Pawła  Witaszka

O książce

ponad  500  stronicowy  album  w  formacie  A4  z  twardą  oprawą, łącznie 589  ilustracji (35  w  części  wstępnej, 362  w  dziale  ikonografii  i  192  w  dziale  fotografii), ukazujący  m.in.  malarstwo  olejne, akwarelę, akwafortę, prace  z  tzw. raptularzy  tatrzańskich, pocztówkę, ilustrację  prasową  i  fotografię  o  szeroko  rozumianej  tematyce  tatrzańskiej  i  zakopiańskiej; ponad  100  stronicowy  tekst  omawiający  życie  i   twórczość  Walerego  Eljasza  z  szerokim  wykorzystaniem  źródeł  historycznych

Recenzenci

Wiesław  Siarzewski, Zbigniew  Ładygin, Andrzej Petrykowski