Kategoria: Musisz zobaczyć

Willa Łąkowy Kamień – od mieszkania do muzeum noblisty

Willa Łąkowy Kamień – od mieszkania do muzeum noblisty   W interesie obu naszych narodów i dla odbudowy obu krajów pragnąłbym takiego zrozumienia i wzajemnego oddania, jakim obaj nauczyliśmy się nawzajem obdarzać.   Słowa nie te padły w Warszawie podczas wizyty Willy’ego Brandta (1970) ani w Krzyżowej (1989), gdy Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl przekazali…
Read more

Ratusz – Jelenia Góra

Ratusze miejskie od zawsze stanowiły najważniejsze budowle w mieście. Były siedzibą władzy, często sądu, skarbcem miejskim oraz miejscem przechowywania najważniejszych akt miejskich.   Obok ratusza mieściły się zazwyczaj najdroższe parcele budowlane, a w najbliższych kamienicach mieszkali najbogatsi mieszczanie i rzemieślnicy. Wokół ratusza odbywał się handel, biło serce miasta. W centralnym punkcie czworobocznego rynku, otoczonego 59…
Read more

Piramida w Łaziskach

Piramida w Łaziskach   Wielkie piramidy wznoszone jako grobowce są w Egipcie i Ameryce Południowej. Kilka znacznie skromniejszych znajduje się w Polsce. Jedna z nich mieści się na niewielkim wzniesieniu w Łaziskach, 2 km od centrum Wągrowca, przy szosie do Gniezna. Zbudowana została w połowie XIX wieku jako grobowiec Franciszka Łakińskiego (1767–1845), rotmistrza wojsk napoleońskich,…
Read more

P jak Parasolnik

Alfabet krajoznawczy – P jak Parasolnik Od 2001 roku popularny sopocki deptak „Monciak” zdobi rzeźba Tadeusza Foltyna „Parasolnik”.  Dotyczy ona rzeczywistej postaci, która stała się awangardowym elementem w życiu nadmorskiego kurortu. Czesław Bulczyński, bo o nim mowa, pojawił się w Sopocie w 1945 roku, gdzie pracował m.in. jako świniopas, kolejkowy stacz, a potem zaczął zawodowo…
Read more

Mało znane, zapomniane – trochę przyrody i nie tylko…

  • 1. Czerwończyk (fot. Leszek Michnia)
  • 2. Paź królowej (fot. Leszek Michnia)
  • 2. Rusałka admirał (fot. Leszek Michnia)
  • Ciemiernik czerwonawy (fot. Leszek Michnia)
  • Jastrzębiec pomarańczowy
  • Krasopani hera (fot. Leszek Michnia).jpg
  • Latolistek cytrynek (fot. Leszek Michnia).jpg
  • Rusałka admirał (fot. Leszek Michnia)
  • Smotrawa okazała (fot. Leszek Michnia).jpg.

Oprócz roślin bardzo często oglądam motyle, to coś więcej niż „fruwające kwiaty”. Są wskaźnikami stanu zdrowia przyrody – informują nas, czy wygrywamy walkę o zachowanie naszego środowiska naturalnego, czy ją przegrywamy.

 

W wielu mitologiach motyl oznacza duchowe odrodzenie. Gąsienica jest symbolem życia doczesnego, zaś poczwarka – nieruchoma, sztywna, jakby otulona całunem –  śmierci. Wyklucie się dorosłego motyla po przeobrażeniu się z martwej poczwarki w lekką istotę pełną wdzięku uosabia zmartwychwstanie.

Chciałabym wymienić kilka ciekawostek o motylach: mają różną wielkość, która waha się od 3 mm do 30 cm, widzą tylko trzy kolory: czerwony, żółty oraz zielony, mają cztery skrzydła i sześć nóg, mogą latać z prędkością 12 km/h, używają swoich czułków do wąchania zapachów. Motyl nie wzbije się w powietrze, jeśli temperatura jego ciała jest niższa niż 30 stopni Celsjusza! Pierwsze malowidła przedstawiające te owady odkryto w Egipcie – mają one ponad 3500 lat. Arktyka jest jedynym miejscem na Ziemi, gdzie nie znajdziemy żadnego motyla. Jak długo żyje? Przeciętnie około 2–3 tygodni, tylko rekordzista listkowiec cytrynek może przeżyć nawet do 11 miesięcy. U motyli możemy zaobserwować zjawisko mimezji (zdolność do upodabniania się kształtem, barwą lub deseniem do otaczającego środowiska) i mimikry (upodabnianie się do innych gatunków, posiadających przystosowania obronne). Owady te, siadając na gałęzi, składają skrzydła
i nieruchomieją jakby zamieniały się w liść. W ten sposób „znikają” –  w mgnieniu oka stają się niewidoczne dla napastnika. Motyle potrafią latać na dwa sposoby przemieszczając się szybko
w linii prostej albo wolniej i w sposób nielinearny, kreśląc pętle. Gdy owady „śpieszą się”, lecą prosto przed siebie z prędkością prawie trzech metrów na sekundę! 

Listkowiec cytrynek jest jednym z pierwszych zwiastunów wiosny, swą nazwę zawdzięcza oczywiście pięknej cytrynowozielonkawej barwie skrzydeł, ale nie tylko! Cytrynek ma... lekki zapach cytryny. Pierwszą, mniej znaną część nazwy (listkowiec) zawdzięcza kształtowi i deseniowi skrzydeł upodabniających motyla do świeżych zielonych liści oraz temu, że zimuje w zwiniętych uschniętych liściach. Cytrynek jest motylem pospolitym i powszechnie znanym, bardzo łatwo go zauważyć, gdy na drzewach i krzewach są jeszcze pąki, a trawa nie zieleni się jeszcze soczyście. Jest on motylem o sporych rozmiarach – przednie skrzydło ma długość około 3 cm. Cytrynowożółty z pomarańczowymi plamkami jest tylko samiec, samica ma podobne plamki, ale jest znacznie mniej jaskrawa. Czasami samice ubarwienie mają tak blade, że bywają mylone z bielinkami (mniejszymi od cytrynka). Cytrynek jest jednym z nielicznych owadów, które zapylają pierwiosnki. Użyłkowanie skrzydeł przypomina unerwienie liścia, ciało jest pokryte gęstymi włoskami (przód – brązowe, tył – jasne), górna część z oczami ma imitować podstawę ogonka liścia, dolna część – resztę. Motyle siadają zawsze z zamkniętymi skrzydłami, wyjątkiem jest okres godów. Może żyć 10–11 miesięcy.  Zimują osobniki w postaci imago (dorosłe).

Krasopani hera, motyl z rodziny niedźwiedziówkowatych, spotykany jest w Polsce pojedynczo w górach i na Pogórzu Karpackim. Zdjęcia zostały przez nas wykonane w okolicach nieistniejącej wsi Krywe, spotykałam go też na Pogórzu Laskim (Czulnia). W Polsce ten gatunek jest objęty ochroną ścisłą. Gąsienice żerują na roślinach z rodziny jasnotowatych, pokrzywach, malinach, żarnowcach, leszczynie i innych.

Paź królowej jest największym motylem występującym w Polsce – rozpiętość jego skrzydeł wynosi 7–10 cm, są jaskrawo ubarwione na kolor żółty bądź kremowy. Znajdują się na nich czarne, kontrastowe wzory. Na końcu skrzydeł możemy zaobserwować podłużne czarne wypustki z żółtą obramówką, nazywane ogonkami. Nad nimi widoczne są rdzawe plamki, od których odchodzi rząd niebieskich plamek o nieregularnych kształtach pooddzielanych od siebie czarnymi przedziałkami. Motyl występuje od maja do jesieni w dwóch, rzadziej trzech pokoleniach. Gąsienice lubią jeść dziką i marchew.   

Skrzydła rusałki żałobnika są barwy ciemnowiśniowej, mają jasną obwódkę na zewnętrznej krawędzi, a wzdłuż niej rząd małych, niebieskich plamek. Długość skrzydeł wynosi do 3,5 cm,
a rozpiętość – 8 cm, co czyni te owady jednymi z najokazalszych motyli dziennych nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Obie płcie są niemal identyczne, różni je głównie wielkość (samice – nieznacznie większe). Najbardziej wyraziste barwy żałobniki zyskują tuż po przepoczwarzeniu się. Później, po przezimowaniu, kolory blakną – żółta obwódka staje się niemalże biała. Dorosłe osobniki należą do typowo leśnych motyli, rzadko można je spotkać przy kwiatach (osty, budleje), częściej – na pniu drzew, spijają też sok z opadłych owoców, a nawet padliny. Motyl ten nie zawsze był postrzegany pozytywnie – w dawnych wierzeniach zimowanie w domu uznawano za wróżbę śmierci jakiegoś domownika (stąd jego nazwa). Zimują w dziuplach, gęstych gałęziach; budzą się wiosną, samce wyczekują na samice w rewirach w większych grupach. Samice składają jajeczka po około 200 sztuk na roślinach żywicielskich (wierzba iwa, wiąz, brzoza, osika, grusza).

Rusałka admirał należy do grupy motyli wędrownych, które przylatują na początku maja z południa Europy i Afryki. Następne pokolenie można zaobserwować od lipca do października, potem odlatują na południe. Motyle latają szybkim lotem, samce w godzinach popołudniowych czatują na krzewach i drzewach na samice. Spotyka się je przede wszystkim na skrajach lasów, polanach, w sadach, ogrodach i siedliskach ruderalnych. Odwiedzają kwiaty różnych gatunków roślin, wiosną – wierzby iwy, latem ostrożeni, sadźca konopiastego, nawłoci późnej. Chętnie spijają soki fermentujących owoców i wyciekające z drzew, przylatują  też do odchodów czy padliny. 

Przedstawione przeze mnie motyle to niewielka część bogactwa przyrodniczego Bieszczadów, i nie tylko. Mam nadzieję, że zainspiruje to wędrowców do spoglądania w górę i w dół, pod nogi, bo zawsze można spotkać coś interesującego, zrobić zdjęcia. Zachęcam do odwiedzania ścieżek tematycznych, parków krajobrazowych, rezerwatów, parków narodowych, do zdobywania odznaki Turysta Przyrodnik.

 

Dorota Michnia

 

Pomnik Tadeusza Kościuszki w Poznaniu

 

 

Tadeusz Kościuszko zaliczany jest do największych i najbardziej znanych polskich bohaterów narodowych. Jako symbol nieugiętej obrony naszej niepodległości pod koniec XVIII wieku czczony był przez kolejne pokolenia, informacje o nim przekazywano
w rodzinach, a po odrodzeniu Państwa Polskiego w 1918 roku stał się postacią stale obecną w podręcznikach szkolnych czy rocznicowych akademiach.

 

W okresie zaborów nie było można oficjalnie czcić pamięci Naczelnika. Przełom nastąpił w 1917 roku – w setną rocznicę śmierci Kościuszki. Ziemie zaboru rosyjskiego znajdowały się wówczas pod okupacją niemiecką i tamtejsze władze nie sprzeciwiały się upamiętnieniu postaci polskiego bohatera narodowego, który walczył z Rosjanami. Polacy wykorzystali tę rocznicę jako pretekst do zorganizowania patriotycznych obchodów niepodległościowych. W naszym regionie pojawiły się wtedy pomniki i tablice m.in.
w Koninie, Kole, Słupcy, Zagórowie i Borysławicach.

W samym Poznaniu nie było sposobności, aby wówczas upamiętnić postać naszego bohatera narodowego. Wystawiono jedynie przedstawienie biograficzne w Teatrze Polskim,
a w mieście pojawiły się okolicznościowe dekoracje. Sprzyjające warunki do postawienia pomnika nastały dopiero po I wojnie światowej. Zamysł upamiętnienia Naczelnika zrealizowano w związku z Powszechną Wystawą Krajową (PWK). Projekt pomnika zamówiono u warszawskiej rzeźbiarki Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej (1890–1977). Na otwarcie PWK nie zdołano przygotować metalowego odlewu, więc w 1929 roku odsłonięto jedynie gipsowy model. Ze względu na wystawę na miejsce ustawienia pomnika wybrano skrzyżowanie obecnych ulic Bukowskiej i Roosevelta – w pobliżu ówczesnego głównego wejścia na tereny wystawowe. Wykonana z nietrwałego materiału rzeźba nie przetrzymała zimy i rozpadła się. Powstał więc nowy model, z którego odlano w brązie 12-metrową figurę. Odsłonięto ją 27 grudnia 1930 roku podczas obchodów 12. rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego. Był to drugi w Polsce (po Krakowie) pełnopostaciowy pomnik Tadeusza Kościuszki.

Po wkroczeniu w 1939 roku hitlerowców do Polski polskie pomniki, w tym również ten, zostały zniszczone. Na jego odtworzenie trzeba było poczekać. Asumpt do realizacji dała zbliżająca się 150. rocznica śmierci naczelnika. Władze administracyjne Poznania podjęły stosowne działania. Pomogła w tym sędziwa autorka pomnika – Zofia Trzcińska-Kamińska. Współpracowali z nią rzeźbiarze: Kazimierz Bieńkowski i Jan Maria Jakób. Problemem do rozwiązania było wybranie nowej lokalizacji, gdyż w miejscu poprzedniego ustawienia figury znalazły się tory tramwajowe. Zdecydowano, iż pomnik zajmie miejsce na rozwidleniu ulic Bukowskiej i Grunwaldzkiej – 350 metrów dalej, choć w miejscu mniej eksponowanym.

Uroczystość odsłonięcia odtworzonego pomnika miała miejsce 30 września 1967 roku. Wysoki żelbetowy cokół obłożony jest płytami z szarego granitu strzegomskiego. Na nim stoi pełnoplastyczna rzeźba Kościuszki, przedstawionego zgodnie z tradycją w chłopskiej sukmanie, obiema rękami przyciskającego do piersi szablę spoczywającą w pochwie. Na przedniej stronie cokołu umieszczono napis: Tadeuszowi Kościuszce Poznań oraz informację
o zburzeniu i odtworzeniu pomnika. U dołu z trzech stron cokół otaczają kamienne wypukłorzeźby wykonane w stylu z okresu międzywojennego. Z przodu widzimy młodą wieśniaczkę w stroju wczesnosłowiańskim na tle orła, trzymającą w jednej ręce hełm i gałązkę dębu, a w drugiej sztandar z herbem Poznania. Sceny po bokach wyobrażają symboliczne postacie uzbrojonych dawnych wojowników, z których jeden chwyta za miecz, a drugi wzywa do boju, dmąc w róg.

Poznański pomnik Naczelnika, po 87 latach od pierwszego odsłonięcia i pół wieku po odtworzeniu, wrósł w krajobraz miasta. Podczas uroczystości i obchodów składane są pod nim wieńce i kwiaty, a na co dzień jest dowodem pamięci Poznania o jednym z naszych najważniejszych bohaterów narodowych.

 

Tekst i zdjecie: Paweł Anders

 

Filmy, piosenki i… fikcja literacka promują turystykę, Jan Paweł Piotrowski

  • Ojciec Mateusz z nieodłącznym rowerem (fot. Baldmedia, Wikipedia)
  • Ulica Piotrowska w Łodzi (fot. Rakoon)

Niektóre miejscowości dzięki filmom i serialom telewizyjnym cieszą się rosnącym zainteresowaniem turystów. Ma to niewątpliwie dobre strony, jednak może prowadzić do pewnych zagrożeń, z których nie wszyscy zdają sobie sprawę. Dlaczego? Oto gospodarze i przedstawiciele miejscowych sfer gospodarczych usiłują bezkrytycznie dostosowywać się do życzeń gości, przyczyniając się do zmiany wyglądu miejscowości, kształtując ich wygląd na „obraz i podobieństwo” metropolii. W małych miasteczkach królują nazwy restauracji, pensjonatów w języku angielskim, nie uwzględnia miejscowa specyfika. Nadmiar przyjezdnych odstrasza niekiedy niektórych turystów, oczekujących spokoju i ciszy. 

Są też i dobre przykłady. Choćby Sandomierz, który od czasów, gdy zagościł tam ojciec Mateusz, cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Czy jednak nie zmieni swojego wyglądu, choćby w związku z nadmierną rozbudową bazy noclegowej i gastronomicznej? Pamiętam czasy, gdy takie obiekty można było tu policzyć na palcach, a organizatorzy turystyki musieli ograniczać się do proponowania parogodzinnych pobytów. Czy w tak krótkim czasie naprawdę można poznać to urocze miasto? Całe szczęście, że przewodnicy tutejszego Oddziału PTTK zawsze stawali na wysokości zadania, swoją głęboką wiedzą i przypominając tradycje miasta, które było kolebką polskiego ruchu regionalnego, często niedocenianego (a nawet niszczonego)  przez władze PRL.

Są miasta, które kiedyś nie były kojarzone z turystyką. Mądra moda na poznawanie obiektów postindustrialnych (oraz ich przystosowanie do obsługi gości) spowodowała. że np. do Łodzi czy Żyrardowa przybywa coraz więcej turystów. Co tydzień z ekranu telewizyjnego pozdrawia nas komisarz Alex, wędrujący wraz ze swymi opiekunami po Łodzi. Choć serial „Archiwista” dość krótko propagował Żyrardów, to jednak gościnni gospodarze tutejszego Muzeum Lniarstwa cieszą się z wrastającej frekwencji w tym naprawdę wyjątkowym mieście.

Dobrze, gdy gospodarze – tworząc ofertę turystyczną – nawiązują to miejsc, które znane są z seriali. Gdy jesteśmy w urokliwych miasteczkach Podlasia, na przykład w Tykocinie czy Supraślu, czujemy się tak, jakbyśmy znaleźli się „U Pana Boga w Ogródku” i wędrując malowniczymi uliczkami liczymy na spotkanie z popularnymi i lubianymi aktorami... 

Już dawno w podsudeckim miasteczku Lubomierz utworzono muzeum, które nawiązując do filmu Sami swoi”, z jednej strony przyczynia się do pobudzania uśmiechu tak potrzebnego na turystycznych szlakach, z drugiej zaś w przystępny sposób popularyzuje dzieje pierwszych osadników na Ziemiach Zachodnich.

Pacanów byłby z pewnością prawie zupełnie nieznany, gdyby Kornel Makuszyński nie wymyślił postaci Koziołka Matołka. Dawniej mieszkańcy zabytkowego Wąchocka podobno krzywili się, gdy mówiło się o dowcipach rzekomego tutejszego sołtysa. W obu przypadkach warto było pojąć, że sytuacje spowodowały zainteresowanie przyjezdnych i wzrost dochodów przedstawicieli różnych zawodów, także i tych, którzy tylko współuczestniczą w obsłudze ruchu turystycznego. Można też wspomnieć o piosenkach, które przyczyniły się do promocji wielu miejsc. To choćby postać Beaty z „Albatrosa” Janusza Laskowskiego czy piosenki „Augustowskie Noce”, do której nawiązują nazwy lokali gastronomicznych Augustowa,  których właściciele pamiętają o Marii Koterbskiej. Trudno się dziwić, wszak w tym mieście już przed drugą wojną światową dzięki nakręcanym tu filmom spopularyzowano to urocze miasto. Wrocławskie niebieskie tramwaje, o których śpiewała kiedyś wyżej wspomniana rodowita mieszkanka Bielska - Białej zachowały swój niebieski kolor, który przywrócono po latach stalinowskich, gdy wszystko „musiało być równo” i gdy w całej Polsce pomalowano te pojazdy na jeden, czerwony kolor.

Maria Koterbska czy też Hanka Bielicka zawsze propagowały swoje małe ojczyzny. Pani Hanka jest uwielbiana w Łomży (i nie tylko). Ma tu swoją ławeczkę i uroczy muzealny salonik. Gospodarze miasta wraz z oddziałem PTTK propagują to miasto nad Narwią, które może poszczycić się piękną gotycką katedrą i wielką kolekcją bursztynów w tutejszym muzeum. 

Warto, wędrując po kraju, odwiedzać miejscowości popularyzowane przez filmy, piosenki i postacie literackie. Warto, aby społeczności lokalne wykorzystywały taką szansę. 

 

Jan Paweł Piotrowski

Gorzowski grobowiec megalityczny

  • OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  • Willa

Jeśli któregokolwiek z gorzowian zapytamy, jaki zabytek architektury w ich mieście jest najstarszy, odpowie bez wahania: katedra. Przyjmując, że grobowce też są architekturą, nie jest to prawdą. Mamy bowiem w Gorzowie grobowiec z epoki kultury amfor kulistych, liczący sobie blisko 4500 lat. Nietrudno go odszukać, bo stoi zrekonstruowany w parku Muzeum Lubuskiego przy ulicy Warszawskiej. Tworzą go łupane płyty kamienne, których ciężar dochodzi nawet do trzech ton. Na nich wspierały się pierwotnie dębowe bale przysypane ziemią. Wewnątrz grobowca pochowano szczątki 17 ludzi, najprawdopodobniej pochodzących z jednego rodu. Zmarłych wyposażono na drogę w zaświaty w siekierki, dłuta kamienne, toporki, ozdoby bursztynowe, kły odyńca i niewielki pucharek – być może wypełniony alkoholem. Dziwne, że wśród przedmiotów, które odkryto wewnątrz, brakowało charakterystycznych dla tego okresu garnków z symbolami Dobra i Słońca, czyli swastyki.   Kiedy 90 lat temu archeolog i historyk niemiecki Fritz Buchholz odkrył megalit w Lasku Złotego Potoku, czyli dzisiejszym Parku Czechówek, była to nie lada sensacja. Zrekonstruowany zabytek pierwotnie postawiono koło dzisiejszej restauracji „Agata”, gdzie stał do 1960 roku. Wtedy to, w związku z budową postoju taksówek, przeniesiono go do parku krajobrazowego obok willi landsberskiego przemysłowca Gustawa Schroedera – obecnie siedziby Muzeum Lubuskiego.

Tekst i zdjęcia: Zbigniew Rudziński

Alfabet krajoznawcy

  • green-letter-a-1445700103pc0

A jak archeologia w służbie polityki. Nie od dziś wiadomo, że w polityce archeologia obecna była od zawsze. Dobrym tego przykładem jest Santok. Kiedy to przez przypadek odkryto tu pozostałości średniowiecznego grodu, natychmiast podjęto badania archeologiczne (w latach 1932–1935), by osiągnąć cele polityczne i przy okazji rozszerzyć wiedzę historyczną w zakresie nieprzeczącym oficjalnej nauce. Tak, bez zbędnej kokieterii, ujmował to Wilfrid Bade, kierownik referatu zagranicznego Ministerstwa Oświecenia Publicznego i Propagandy Rzeszy: (…) słyszeć chcemy o tym, jak żyli nasi członkowie, a odsłonięcie germańskich grodów warownych Zantocha ważniejsze jest dla nas niż znaleziska w Azji lub Chinach.

 

To, czy są to informacje prawdziwe, nie ma w polityce żadnego znaczenia, bo przecież słyszeć chcemy (…). Wykluczenie Chin z kontynentu azjatyckiego daje też pojęcie o poziomie wiedzy samych ówczesnych decydentów politycznych. By należycie zaprezentować wyniki ówczesnych wykopalisk, wybudowano wieżę widokową („germańską strażnicę”), gdzie zaprezentowano znaleziska. Po zakończeniu II wojny światowej polskim archeologom, prowadzącym tu badania, również dano jasno do zrozumienia, że Santok jest odwiecznie polski, słowiański i nadrzędnym zadaniem jest to udowodnić ponad wszelką wątpliwość. Istnienie Pomorzan, pierwotnych budowniczych, zeszło na dalszy plan, a fakt podejmowanych przez nich przez 300 lat prób odzyskania utraconych ziem traktowano jako niezawinioną agresję na ziemie polskie. Nie zadano sobie wtedy pytania, co robili wojowie Mieszka I pod Cedynią 80 km od Szczecina i 100 km od Santoka w głębi ziem pomorskich?

Krasnoludki są na świecie

  • Wroclovek z herbem Wrocławia w sercu na dłoni
  • Papa Krasnal – pilnuje, żeby krasnale nie rozbiegały się, ale…
  • Krasnal z biletem na pociąg – niby się spieszył, ale…
  • Krasnal z biletem na pociąg – niby się spieszył, ale… (1)
  • IMG_20210617_163641 (1)
  • – Krasnal na walizce – wyjeżdżać z Wrocławia czy nie…._

Czy to bajka, czy nie bajka,

Myślcie sobie, jak tam chcecie,

A ja przecież wam powiadam:

Krasnoludki są na świecie…

Maria Konopnicka

 

Tak, tak, we Wrocławiu też jest ich bardzo dużo. Skąd się wzięły? Stare dzieje...

Dawno, dawno temu miasto otaczały mury obronne i fosa pełna wody, domy były drewniane, a mieszkańcy wiedli pracowite życie. Wszystko trzeba było robić ręcznie: budować domy, rąbać drwa, nosić wodę, mielić zboże, kuć konie, sprzątać domostwa, place i ulice itp. 

W tym znoju, skrycie, pod osłoną nocy starały się pomagać ludziom małe skrzaty – krasnoludki, które żyły w swoim królestwie – w podziemiach miasta. Mijały wieki, nastała era postępu, wynalazków i elektryczności. Ludzi, którzy zamieszkali w swoich wysokich domach, zaczęły wyręczać maszyny... i odtąd pracowite krasnoludki snuły się po nocach smutne, niepotrzebne nikomu. 

Przyszły złe czasy XX wieku. I i II wojna światowa, która zniszczyła Wrocław, miasto legło w gruzach. Przerażone krasnoludki ukryły się w swoich podziemiach na długie, długie lata… Aż nastał wiek XXI i ciekawskie skrzaty wyczuły, że coś w mieście się zmieniło. Zwłaszcza w Rynku słychać było przyjazne, tolerancyjne, wielojęzyczne głosy, czasami muzykę, śpiew i śmiech. Skrzaty zaczęły się wymykać w nocy z podziemi bramką koło kościoła św. Elżbiety. Nawet strażnik Śpioch nie mógł ich upilnować. Krasnoludki zachwyciły się miastem, jego odbudowanymi zabytkami, nowymi domami, ulicami, placami i parkami. W tej euforii zapominały, że powinny wracać do podziemnego królestwa rankiem, przed wschodem słońca. Tak już jest w krasnoludkowym świecie, że pierwszy promyk zamienia je w spiżowe figurki. Jednak krasnoludki przestały się tego obawiać. Te, którym nie udaje się zdążyć do podziemi przed świtem, nawet się z tego cieszą, bo zostają na powierzchni ku radości dorosłych wrocławian i turystów,
a przede wszystkim dzieci.

Ten bajkowy świat splata się z rzeczywistością. Skrzaty w swoim zachwycie zatrzymały się w wielu miejscach, są przed reprezentacyjnymi gmachami, np. Dworcem Głównym, Panoramą Racławicką, Halą Stulecia, Narodowym Forum Muzyki, a także w zoo i Ogrodzie Botanicznym, przywołują wydarzenia z historii miasta, prezentują znane wrocławskie firmy i przedsiębiorstwa, uosabiają sławne postaci związanie z Wrocławiem, np. profesora Jana Miodka, himalaistkę Wandę Rutkiewicz, muzyka Włodzimierza Szomańskiego czy pisarza Marka Krajewskiego. Nie sposób wszystkich wymienić.  Figurki krasnali stały się ciekawymi elementami przestrzeni miejskiej, mającymi swoich sponsorów i opiekunów pośród instytucji publicznych, osób prywatnych i firm.

Początku zdarzeń związanych z krasnalami można upatrywać w ruchu happeningowym „Pomarańczowa Alternatywa”, którego uczestnicy zbierali się przy skrzyżowaniu ulic Świdnickiej
i Kazimierza Wielkiego w latach 1986–1990. 1 czerwca 2001 roku w miejscu tych spotkań stanął spiżowy pomnik krasnala, symbolu „Pomarańczowej Alternatywy”, z czasem nazwanym Papą Krasnalem jako największym i najdostojniejszym ze wszystkich wrocławskich krasnali. W sierpniu 2005 roku pojawiły się pierwsze krasnoludki: Pracz Odrzański, Szermierz, Syzyfki i Rzeźnik, autorstwa Tomasza Moczka, ufundowane przez Urząd Miasta Wrocławia.  8 października 2007 roku pierwszy komercyjny krasnal Pierożnik usiadł przy nieistniejącym już barze STP (SmacznieTanioPrędko) i zaczęło się… Każdego roku w całym mieście wciąż przybywało krasnali. 

W 2018 roku Wrocławskie Wydawnictwo EMKA wydało „Leksykon wrocławskich krasnali” autorstwa Agnieszki Malczewskiej i Józefa Peszki z opisem 517 krasnali. Dostępne są mapki, książeczki i bajki z krasnalami. Wrocławscy przewodnicy oprowadzają wycieczki szlakami krasnoludków, a każdy ma swoją wersję ich historii! 

Obecnie trudno już się doliczyć, ile jest krasnali we Wrocławiu. Miasto się rozrasta, powstają nowe osiedla, przedszkola, szkoły, nowe firmy, rewitalizowane są kolejne ulice
z przedwojenną zabudową, a krasnoludkowe społeczeństwo z zaangażowaniem temu towarzyszy...

 

Autor tekstu i zdjęć: Anna Rotko