Kategoria: To Polska właśnie

Ogród japoński w Karkonoszach

  „Siruwia” –  ogród japoński w Karkonoszach   Kiedy Jakub Kurowski i Sylwia Kośmider-Kurowska rozpoczęli realizację swojego pomysłu, wiele osób zastanawiało się czy jest sens tworzenia czegoś tak obcego w naszej przyrodzie. Czy to się spodoba się ludziom? Jak się okazało, po latach pracy, ogród japoński „Siruwia” niejako stał się jedną z wizytówek Karkonoszy. Dzisiaj…
Read more

Kamienne obiekty dawnego prawa na ziemi jeleniogórskiej

Kamienne obiekty dawnego prawa na ziemi jeleniogórskiej   Jak wiadomo, krzyże pokutne są pozostałością średniowiecznego prawa, stawiano je w miejscu popełnienia zbrodni. W czasach nam bliższych, chcąc chronić je przed zniszczeniem, wiele spośród nich przeniesiono w nowe miejsca. Większe skupiska takich krzyży występują w murach cmentarzy przykościelnych. Zachowało się jeszcze sporo obiektów w miejscach ich…
Read more

Ja, Karkonosz

Tak, wiem, jestem wszechmocny! Nie imają się mnie złe moce ani tym bardziej pioruny, które przecież sam potrafię zsyłać. Kiedyś, naprawdę dawno temu, wiodłem sobie spokojny żywot w krainie bogów i superwładców. Wiecie jednak jak to jest, gdy jest się młodym, pięknym i niepokonanym. Ciekawość zawsze zwycięży! W moim przypadku chęć poznania innego świata również…
Read more

Chatki i schroniska turystyczne w Karkonoszach

Chatki turystyczne w Karkonoszach i Górach Izerskich   Na początku zadam pytanie, może trochę naiwne, może trochę prowokujące… Co to takiego chatki turystyczne? Czy w ogóle warto o nich wspominać? Ten, kto zaczyna chodzić po górach, z reguły nigdy o nich nie słyszał. Wędrownik, który jest już trochę obeznany z górami, zapewne coś o nich…
Read more

Ocalić od zapomnienia

  • 1. Muzeum Wsi Radomskiej (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • 2. Wielkopolski Park Etnograficzny w Dziekanowicach (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • 3. Łowicki Park Etnograficzny w Maurzycach (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach Kiszewskich (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  • Muzeum Wsi Kieleckiej – Park Etnograficzny w Tokarni (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • Muzeum Wsi Lubelskiej (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • SONY DSC
  • OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  • SONY DSC
  • SONY DSC
  • Skansen Kurpiowski w Kadzidle (fot. Marlena Treichel.jpg)
  • Skansen przy Muzeum w Łowiczu (fot. Marlena Treichel.jpg)

Ocalić od zapomnienia

Wybudujemy stare zagrody… Ludzie będą się zachowywać w tych domach jak to robili przedtem, kot będzie mruczał, leżąc pod piecem, pies wygrzewał się, leżąc pod budą, zwierzęta będą pasły się na łące (Artur Hazelius, Skansen.Traditional Swedisch Style, Stockholm 2002).

 

 

 

Skanseny, czyli miejsca, w których pokazany świat coraz szybciej odchodzi w przeszłość. Tam przedmioty sentymentalnie przenoszą nas w świat dzieciństwa, a zapachy przywołują obrazy naszych przodków. W jaki sposób mogą stać się inspiracją do podróży, zwiedzania, odkrywania ciekawych miejsc? Skąd się wziął pomysł, aby tworzyć takie miejsca? 

Na początku warto wiedzieć, co oznacza nazwa „skansen”. Muzea na wolnym powietrzu, znane w Polsce także pod nazwą skansenów lub muzeów skansenowskich, to miejsca, które mają za zadanie chronić zabytki kultury materialnej oraz promować wiedzę o nich. To miejsca, które tchną duszą, miejsca piękne, w których można w ciekawy sposób spędzać czas. 

W Polsce wszyscy słyszeli o istnieniu takich miejsc. Niewiele osób jednak wie, skąd pochodzi nazwa. Skansen w języku szwedzkim oznacza bowiem szaniec lub wał obronny. Taką funkcję miało pełnić muzeum założone w 1891 roku przez Artura Hazeliusa na wyspie Djurgården w Sztokholmie. W założeniu miało chronić szwedzką kulturę ludową, gromadzić obiekty architektury, wraz z ich tradycyjnym wyposażeniem. Ta nowa forma muzealnictwa stosunkowo szybko dotarła na ziemie polskie. Na terenach dzisiejszej Polski pierwsze takie muzeum powstało w 1906 roku we Wdzydzach Kiszewskich w zaborze pruskim, założone przez Izydora i Teodorę Gulgowskich. Drugim muzeum był skansen założony przez Adama Chętnika w Nowogrodzie koło Łomży. To właśnie Chętnik wprowadził określenie „skansen” do języka polskiego. Tego typu miejsca są znane jako „muzea na wolnym powietrzu” (ang. open-air museum; niem. Freilichtmuseum; fin. Ulkoilmamuseo; szw. Friluftmuseum). Pozostałe nazwy niekiedy odwołują się do muzeów chroniących regionalne i lokalne dziedzictwo. Samo określenie „open-air museum” trudno nawet znaleźć w słownikach angielskich, choć istnieją takie muzea jak „North of England Open Air Museum”, „Manx Open Air Folk Museum” czy „Blits Hill Open Air Museum”.

Obecnie w Polsce znajduje się około trzydziestu czynnych muzeów skansenowskich na wolnym powietrzu oraz ponad trzydzieści punktów skansenowskich, czyli pojedynczych obiektów lub zespołów w postaci zagród chronionych w miejscu ich pierwotnej lokalizacji (tzw. obiekty in situ). Polskie muzealnictwo skansenowskie jest w Europie wysoko cenione za niezwykłą skrupulatność w odtwarzaniu wnętrz poszczególnych obiektów. Na specjalną uwagę zasługują wyposażenia chat, które tworzą specyficzny nastrój i aurę otaczającą zwiedzającego. Turystów urzekają efektowne zabiegi mistyfikujące życie i oryginalne eksponaty. W niektórych skansenach wnętrza zaaranżowane są zgodnie z rokiem obrzędowym (Wielkanoc, Boże Narodzenie), bądź obrzędami rodzinnymi (wesele, pogrzeb, chrzciny), co często wiąże się  z sesjami fotograficznymi, np. nowożeńców, czyli modelingu. Obiekty usytuowane są w miejscach możliwie najbardziej zbliżonych do tych, z jakich zostały wyjęte. Dlatego często w muzealnych kościołach odprawiane są msze, w kuźniach nadal kuje się podkowy, a w piecach piecze chleb według przepisów sprzed lat. Taka praktyka to także realizacja współczesnej idei żywego muzeum, która przyciąga tłumy ludzi zaciekawionych tradycją. Niezmiennie zainteresowaniem cieszą się barwne zespoły budynków, otoczone sadami, polami, ogrodami. Tu odbywają się lekcje oraz zajęcia dla dzieci i całych rodzin. Opowiadają one, jak „rodziły się” wiejskie budynki, jakimi narzędziami pracowano, jakie naturalne produkty wytwarzano. Powrót do natury i ekologicznego uprawiania roślin to standardowy punkt programu większości dni otwartych skansenów. Podziw budzi też pieczołowitość i piękno wyrabianych przedmiotów, od form surowych, prostych, naturalnych po formy pracochłonne wykonane z troskliwością, bogato zdobionych, sporządzonych ze starannie dobranego surowca. Turyści mają też możliwość poznać zawody, które niestety odchodzą w przeszłość, obejrzeć wytwory pracy kowali, garncarzy, tkaczy, stolarzy, bednarzy, rymarzy i wielu, wielu innych. Na koniec pośród skansenowskich ekspozycji zwiedzający mogą znaleźć świat wierzeń, symboli, zwyczajów i obrzędów ludowych. Świat ten ukryty jest w chałupie, jej geometrii, elementach architektury, w sprzętach ważnych dla codziennego bytowania rodziny. Przechodząc między budynkami, ocieramy się o ludowe kapliczki „pilnujące” wiejskich dróg, krzyże intencyjne stawiane z powodu różnych okazji, figurki Chrystusa Frasobliwego czy Pięty.

Do dziś powstało kilkadziesiąt tego typu muzeów. Zgromadzone są w Stowarzyszeniu Muzeów na Wolnym Powietrzu w Polsce. Do najstarszych zalicza się: Muzeum – Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach Kiszewskich (założone w 1906 roku), Muzeum Budownictwa Ludowego, Park Etnograficzny w Olsztynku (założone w 1909 roku w Królewcu, w latach 1938–1940 przeniesione do Olsztynka), Skansen Kurpiowski im. Adama Chętnika w Nowogrodzie (założony w 1919 roku), Orawski Park Etnograficzny w Zubrzycy Górnej (założony w 1957 roku) oraz Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku (założone
w 1958 roku). Większość polskich muzeów na wolnym powietrzu powstała w latach 70. XX wieku. W tym bowiem czasie, w wyniku postępującej urbanizacji wsi, zaczęły zanikać zabytki kultury ludowej. Postanowiono chronić tę sferę dziedzictwa narodowego poprzez utworzenie odpowiednio dużej liczby muzeów typu skansenowskiego. Funkcję, jaką miały pełnić, tak określił prof. Józef Gajek: Muzeum skansenowskie jest zawsze zbliżeniem, […] modelem rzeczywistego obrazu życia, a więc modelem kompleksowym i dynamicznym, którego eksponaty osadzone są w środowisku podobnym do tego, w którym powstały i żyły.

Muzea skansenowskie dysponują najbardziej wymownymi środkami ukazywania kultury ludowej społeczeństwa. Nie mamy tu do czynienia z opisami lub oderwanymi przedmiotami kultury materialnej, umieszczonymi w gablotach tradycyjnych muzeów etnograficznych. Nie nudzą nas szare i smutne gabloty, a cieszą barwne i żywe eksponaty, często ponownie wykorzystywane do zainscenizowanych pokazów. Obiekty bytowania dawnej ludności wiejskiej stają się niemal dotykalne. W tym właśnie leży wielka wartość edukacyjna muzeum skansenowskiego. Dzięki ekspozycji kultury ludowej, „na wyciągnięcie ręki”, rozbudza się umiłowanie własnego regionu czy kraju, jego kultury oraz przeszłości. Odczuwa się tu bardzo żywo kontakt z przeszłością. Zaletą muzeum skansenowskiego jest możliwość łatwego urządzania na jego terenie wszelkich obchodów, widowisk folklorystycznych, pokazów tańców ludowych, demonstracji lepienia garnków, obróbki lnu itp. Ponadto budzi
i rozwija w społeczeństwie zainteresowania historyczne i przyrodnicze. Przenosząc się w czasie, zaczynamy tęsknić ku wartościom ponadczasowym, do których wstęp znajduje się w ciszy, wyobraźni i pamięci. Znajdujemy tu kraj własnego dzieciństwa. Tak jak chciał tego Artur Hazelius: Wybudujemy stare zagrody… Ludzie będą się zachowywać w tych domach jak to robili przedtem, kot będzie mruczał, leżąc pod piecem, pies wygrzewał się, leżąc pod budą, zwierzęta będą pasły się na łące. Zacznij swoją podróż w czasie, odkryj jego tajemnice, historię, przeszłość. Znajdź cel podróży i zachwyć się skansenami.

 

Tekst i zdjecia: Marlena Treichel

Kamienne baby południowego Podlasia

  • 1. Kamienna baba w Pratulinie (fot. Przemysław Pilich)
  • 2. Baba w Piszczacu .(fot. Przemysław Pilich)
  • 3. Kamienna baba w Neplach (fot. Przemysław Pilich). jpg

Kamienne baby południowego Podlasia

Jest ich pięć, znajdują się one w okolicach Białej Podlaskiej: w Piszczacu, Woskrzenicach Dużych, Cieleśnicy, Pratulinie oraz koło Nepli. Są to kamienne krzyże wykonane z miejscowych głazów narzutowych. Swoją formą przypominają tęgą niewiastę z szeroko rozpostartymi ramionami. Stąd też wzięła się ich miejscowa nazwa

 

Jan Wiktor, ceniony krajoznawca, w piśmie „Orli Lot” w 1922 roku napisał o tych krzyżach (babach) z Podlasia, że są one tak pełne rozpaczy jak człowiek w męce skamieniały i wyciągający ramiona z wołaniem o pomstę.

Ich pochodzenie jest niejasne. Katalog zabytków sztuki datuje je na XVII–XIX wiek, nie wiadomo jednak na jakiej podstawie. Archeolodzy spierają się na temat ich pochodzenia. Jedna z teorii mówi, że były to pierwotnie pogańskie baby kamienne, jakie spotykamy do dziś na Mazurach i Warmii. Jedna z nich stoi  na dziedzińcu zamku w Olsztynie. 

Baby kamienne z Podlasia zostały już w chrześcijańskich czasach przerobione na krzyże. Potwierdzeniem tej teorii mogą być stare zdjęcia baby z okolicy Nepli, na których widać wyrzeźbione korale tworzące naszyjnik na piersiach oraz zarys ręki trzymającej róg do picia. W Woskrzenicach Dużych natomiast baba ma wielką czapę na głowie, widoczne są też odstające uszy.

W Piszczacu łatwo znaleźć babę kamienną – stoi na tyłach kościoła. W Pratulinie prowadzi do niej Droga Krzyżowa o długości około 1,1 kilometra od sanktuarium miejscowych, dziś błogosławionych unitów. Wieńczy ona bowiem pomnik postawiony na zbiorowej mogile unitów zamordowanych w 1874 roku przez Rosjan. W 1990 roku ich szczątki (dziś są to relikwie) przeniesiono do miejscowego kościoła parafialnego św. Apostołów Piotra i Pawła. Wcześniejsza lokalizacja baby kamiennej w Pratulinie nie jest znana.

Trudniejsza do oszukania jest kamienna baba koło Nepli. Znajduje się ona na piaszczystym pagórku zwanym Kamienną Górą lub po prostu Kamienną Babą. Należy wyjechać z Nepli w kierunku wsi Krzyczew i uważnie patrzeć w prawo, aż zobaczymy w lesie czołg stojący na postumencie. Dawniej był to pomnik, obecnie pełni wyłącznie funkcje dekoracyjne. Lufa czołgu pokazuje odległą o około 1 km kamienną babę. Można tam dojść albo dojechać polną drogą, która skręca w lewo. Po około 100 m na rozwidleniu dróg trzeba pójść prosto – droga doprowadzi nas do baby. W lewo w dół można natomiast dojść do żwirowni zwanej „stażynką”. Na dawnych zdjęciach baba kamienna stoi na odkrytej przestrzeni, dziś otacza ją las. Kiedyś przewróciła się, co było prawdopodobnie „zasługą” sąsiedniej żwirowni. Postawiona została przypuszczalnie tuż obok, ale już w nowym miejscu. W pobliżu są pozostałości wieży widokowej, z której rozciągał się piękny widok na Park Krajobrazowy „Podlaski Przełom Bugu”.

W Woskrzenicach Dużych babę kamienną łatwo odszukać. Znajduje się ona na wschodnim krańcu wsi, na rozwidleniu dróg prowadzących do wsi Husinka i Woskrzenice Małe. Podobne krzyże baby kamienne można spotkać również na północnym Podlasiu oraz w sąsiedniej Białorusi.

Bazą wypadową do omawianych tu podlaskich bab kamiennych może być Biała Podlaska dysponująca bazą hotelową (polecam hotel „Skala”). Będąc w tamtych okolicach, warto także odwiedzić cmentarze tatarskie (mizary) w Studziance i Lebiedziewie, sanktuaria w Kodniu i Leśnej Podlaskiej z oryginalną kamienną ikoną. Jest oczywiście dużo więcej zabytków, w tym liczne kościoły, będące dawniej cerkwiami unickimi.

 

Tekst i zdjęcia: Przemysław Pilich

Jego Książęca moc

  • 1. Św. Krzyż, klasztor (fot. Jakub Hałun, Wikipedia).jpg
  • Św. Krzyż, klasztor (fot. Jakub Hałun, Wikipedia)
  • KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Jego książęca mość – Łysiec 

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Wcale nie najwyższy, nawet nie najbardziej stromy, niezbyt imponujący, a przecież tak bardzo magiczny i wzruszający jak to tylko możliwe…

 

Snująca się od stuleci aura tajemniczości, mistyczny klimat, rąbek ziemi utrudzonej historią – oto on… Łysiec, zagubiony wśród królewskich polskich szczytów, świętokrzyski książę, który odbiera należny mu hołd. Wciąż pozostaje pytaniem, na które przewodnicy świętokrzyscy szukają odpowiedzi, domysłem, nieuchwytną frazą, półsłówkiem zapowiadającym niezwykłą opowieść.

Ten drugi co do wielkości szczyt Gór Świętokrzyskich, mierzący 595 metrów nad poziomem morza, to ciągnące się niezalesione partie stoków z rumowiskami skalnymi zwanymi gołoborzami. I tu…już pierwsze pytanie wycieczce nasunąć się może, komu zechcemy głos oddać. Nauce czy baśni? A zatem…

Pamiętajmy, że Łysa Góra szczególnie mocno utrwaliła się w miejscowym folklorze jako miejsce kultu. Od zawsze, skalne rumowiska musiały więc mieć swoje korzenie w czasach chrześcijaństwu odległych. Być może mamy tu do czynienia z historią Pysznej Pani, która pokonawszy w bitwie samego Aleksandra Wielkiego, kazała obwołać się Dianą i przyjmowała cześć należną Bogu. On sam zaś miał ją ukarać, zsyłając na potężny zamek piorun, który obrócił go w… leżące do dziś na górskich zboczach gołoborze. 

Być może to jednak późniejsza historia, już z czasów istniejącego tu klasztoru, opowiadająca o wściekłych czarownicach, które dotąd marudziły Lucyferowi, aż ten w końcu posłał świętokrzyskie czarty, by kościół i klasztor zmiotły z powierzchni ziemi. Dwa razy diabły podejmować się miały zadania, dwa razy plan zbombardowania klasztoru ogromnymi głazami miały, na nic się to jednak zdało. Raz przeszkodził im brak sił, ogromny głaz upuściły na Górę Klonówkę, do dziś go zresztą tam można zobaczyć, drugim zaś razem czartom przeszkodził klasztorny kogut, który piał dopóty, dopóki jeden z braciszków w dzwony nie zaczął bić. Przerażone, sądząc, że świt je zastał, głazy upuściły i nigdy już tu nie wróciły.
A kamienie owe ogromne do dziś w postaci gołoborza przetrwać miały. 

Jaka jest prawda? Zależy, kogo szanowny turysta zapyta, przewodnicy świętokrzyscy potrafią również wiedzą naukową się wykazać i z przyjemnością opowiedzą o wietrzeniu mrozowym i wędrówkach lądolodu. 

Największą tajemnicę stanowi wał, który jeszcze dziś nie odkrył do końca sekretów zaklętych w kamieniu. Czy jest pozostałością muru otaczającego dawną przestrzeń sakralną, czy częścią pogańskiego sanktuarium, czy może to jedynie fragment obronnej budowli…  Warto skorzystać z wycieczki w magiczne Góry Świętokrzyskie, by pozwolić popłynąć przewodnickiej opowieści. 

 

Pobenedyktyńskie pozostałości malowniczo położone

Opactwo to ma ogromne znaczenie dla naszej kultury materialnej i niematerialnej i zaliczane jest do najważniejszych zespołów monastycznych w Polsce. Przez stulecia było ośrodkiem pielgrzymkowym, a relikwie Drzewa Krzyża Świętego wciąż są adresatem wielu modlitewnych westchnień. 

Data założenia opactwa nie jest do końca znana, tradycja benedyktyńska fundację przypisuje Bolesławowi Chrobremu w 1006 roku, a sam jej fakt ujęty został w klamry baśni o Emeryku, który urzeczony niezwykłością Gór Świętokrzyskich miał podarować relikwie Krzyża Świętego i poprosić o wybudowanie tu właśnie kościoła. Legenda mówi, że zadość prośbie uczyniono, kościół i klasztor postawiono, uposażono i osadzono tu braciszków benedyktynów. 

Jak się to ma do faktów historycznych i skąd w innych podaniach bierze się Dąbrówka i pierwsza świątynka? Albo hipoteza dająca pod rozwagę możliwość podarowania relikwii przez Władysława Łokietka?  Miało się to stać w początkach XIV wieku, kiedy umacniał on swoją władzę w Małopolsce. Podarowanie świętych cząstek miało być podziękowaniem za popieranie dążenia Łokietka do władzy. Z tymi pytaniami zostawię Was drodzy Czytelnicy, z nadzieją, że będziecie wyczekiwać tekstów – obiecuję kiedyś temat rozwinąć. 

Widomym świadkiem wspaniałej historii są okazałe zabudowania klasztoru i kościoła. Wszystko tworzy system zamknięcia, nawiązując do łacińskiego clastrum oznaczającego odosobnienie. 

Stojący tu bez mała od ponad tysiąca lat kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy przybierał na przełomie wieków rozmaite kształty, w obecnym trwa tu od XVIII wieku i jest dziełem Józefa Karsznickiego. Zanim jednak o samej świątyni, warto zwrócić uwagę na późnogotyckie krużganki klasztorne o sklepieniach zdobionych unikalnym zespołem heraldycznej rzeźby. Ten zamknięty ciąg galerii to główna arteria klasztornego i turystycznego życia, to sceneria wszystkich wydarzeń, tędy szły procesje świąteczne, tędy spacerowano i to tu, pod posadzkami krużganków, chowano współbraci w bezimiennych drewnianych trumnach. Braciszkowie godzili się na deptanie ich szczątków, a dusza zażywać miała niebiańskich rozkoszy. Klasztorne krużganki są najlepiej zachowanym fragmentem średniowiecznego benedyktyńskiego klasztoru, nie sposób nie zauważyć fragmentu pierwotnego wewnętrznego muru kościoła romańskiego z XII wieku. Tuż obok owego lica mieści się barokowy pomnik wykonany z czarnego marmuru, poświęcony zakonnikom benedyktyńskim pochowanym pod posadzką krużganków. 

Z krużganków prowadzi również wejście do dzisiejszej zakrystii, ale niegdyś to właśnie tam, pochylony nad zwojami mnich przy drżącym płomyku świecy zostawiał po sobie ślad w postaci wyblakłych już słów…  Do dziś duch Macieja z Pyzdr snuje się, szepcząc fragmenty statutów wiślickich tudzież piotrkowskich. Warto pamiętać, że pomieszczenie dawnego skryptorium pełniło onegdaj funkcję przechowywania relikwii… jeszcze tu, przed krzyżem na kolana padał biskup Piotr Gembicki. 

Dla odmiany dzisiejsza kaplica relikwii Drzewa Krzyża Świętego znajduje się w miejscu dawnego kapitularza. To dawne pomieszczenie zebrań konwentu było dla opactwa bardzo ważnym miejscem, tu podejmowano decyzje, dokonywano wyboru opatów, bywało, że tu ich grzebano. Koniec kapitularza następuje w wieku XVII, kiedy to z fundacji Mikołaja Oleśnickiego zostaje przekształcony w kaplicę grobową jego rodu. A kiedy już przekroczymy jej próg, koniecznie należy wzrok wznieść ku niebiosom, a raczej ku kopule, bo tam najstarsze malowidła się znajdują. Wśród licznych mężczyzn dwie niewiasty odznaczają się wyraźnie,
o tym, kim są, opowiedzą przewodnicy świętokrzyscy, którym nie będę odbierać tejże przyjemności. Dech zapierają pokryte freskami ściany, autorstwa Rejchana, z historią Świętego Krzyża, którego relikwie właśnie tutaj się znajdują. Wpisane w złoty futerał o kształcie słońca, na skrzyżowaniu ramion prześwity, a w nich drewno sosny jerozolimskiej, tej, na której zawisło ciało Chrystusa – od wieków czczone i adorowane.

Do 2007 roku w kryptach kaplicy śnił swój sen o minionej chwale Jarema Wiśniowiecki – człowiek stworzony do wojny, a nie perory. Dziś można go odwiedzić w kryptach znajdujących się na południowej elewacji kościoła.  

Obrazu urody i unikatu dopełnia sama świątynia pod wezwaniem Świętej Trójcy, kościół o późnobarokowych fasadach i klasycystycznym wnętrzu z obrazami ołtarzowymi z około 1790 roku autorstwa Franciszka Smuglewicza. Świadkami naszej modlitwy i zwiedzania będą zatem m.in święta Scholastyka, umierający Benedykt, Emeryk w czerwonych pantoflach czy święta Helena identyfikująca relikwie Krzyża Świętego.  

Najpewniej po roku 1366 wystawiono parterowe budynki klasztorne, a w latach 90. XIV wieku, staraniem Władysława Jagiełły, ten świętokrzyski klejnot upiększono ruską polichromią. Niestety, w latach 1777 i 1779 opactwo trawiły pożary, wkrótce też stary kościół rozebrano, niszcząc bezpowrotnie to, czego nie zdołał zniszczyć ogień.

Trudne były losy świętokrzyskiego opactwa, skasowanego w 1819 roku,  w kolejnych dekadach części klasztoru pełniły funkcję domu pokutnego dla duchownych i carskiego więzienia. Warunki, jakie tu panowały, przyniosły mu wątpliwą sławę najcięższego więzienia na terenie zaboru rosyjskiego. Sanktuarium, które przez wieki żyło wiarą narodu, na kilkadziesiąt lat zamieniło się w miejsce katorgi… Można się tylko domyślać, ile krzyków utraty wiary słyszały te mury. 

Ogromną szkodą było zniszczenie wielu bezcennych fresków, poza tym jako więzienie opactwo zmieniło swoją architekturę. Otoczono je murem, zabezpieczono sześcioma wieżami i oddano pod oko strażników. Trzy ciężkie bramy, a na ostatniej z nich napis „Idź z Bogiem i nie wracaj”, 37 pomieszczeń różnej wielkości mieszczących od dwudziestu do sześćdziesięciu osób, izolatki tak ciasne, że ciężko było nawet oddychać….  

W 1914 roku wojska austriackie poważnie uszkodziły zabudowania klasztorne, wysadzając m.in. dzwonnicę. Te kilka lat, poświęcone później na odbudowę, przerywa rok 1919, kiedy to w murach klasztornych kolejny raz pojawiają się więźniowie. Różni, bo miejsce swoje tu znalazł przywódca ukraińskich nacjonalistów Stefan Bandera i Sergiusz Piasecki – malownicza postać szpiega, przemytnika obdarzonego talentem literackim, który przeżycia z więzienia na Łyścu opisał w „Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy.”

Był mróz (…) Najcięższe więzienie w Polsce. Szary mur ziemistych twarzy ział butwiejącymi namiętnościami… Słowa Melchiora Wańkowicza doskonale obrazują to, co zgotowano w miejscu krzewienia wiary. 

Lata 1941–1942 to hitlerowski obóz zagłady, ginie tu wtedy 5,5 tysiąca radzieckich więźniów, z głodu wielu dopuszcza się aktów kanibalizmu. Niezwykły klimat, cisza i morze nostalgii – to wszystko czeka na turystów na polanie Bielnik, gdzie granitowe płyty kryją pamięć i prochy ofiar okrucieństwa. 

Dziś na Księciu Gór Świętokrzyskich znów królują Relikwie Drzewa Krzyża Świętego, od likwidacji więzienia minęły lata, ale duch tych tragicznych wydarzeń wciąż żywy jest w Sali Pamięci, udostępnionej turystom. Wnikliwe ucho usłyszy prośbę o westchnienie „wieczny odpoczynek” za wszystkich, którzy tutaj właśnie kończyli swoje życie.   

Po oficjalnym skasowaniu więzienia rozpoczęto prace budowlano-konserwatorskie, na początku lat 70. XX wieku utworzono Muzeum Przyrodnicze ŚPN, a w 2014 roku oddano odrestaurowaną wieżę kościelną. W 2017 roku rezerwat archeologiczny z wałami kultowymi i opactwem pobenedyktyńskim uznany został za pomnik historii. 

Pątników tu nie brakuje, wycieczek turystycznych i łowców legend również. Zjawiają się tu także ci, którym w duszy „stary puchacz na gałęzi ni to śpiewa, ni to rzęzi”, bo znak to podobno, że „krasięta niebożęta zamiatają bór na święta”. Muszę Wam powiedzieć na ucho, że warto skusić się na wycieczkę w okolicy Zielonych Świątek, bo gdy opactwo zasypia, tradycji staje się zadość, swawolne i wesołe obrzędy Stada mają miejsce, dodam, że wielce dla chrześcijan gorszące… 

 

Aneta Marciniak

Zdjecia Jakub Hałun, Wikipedia

Bieszczadzkie buczyny na liście UNESCO

  • (fot. Dagmara Kowalska)
  • 2. (fot. Dagmara Kowalska)
  • 3(3)

Bieszczadzkie buczyny na liście UNESCO

28 lipca 2021 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO włączono kolejne obiekty
z Polski. Tym razem są to fragmenty pierwotnych lasów bukowych położonych na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Stały się one częścią grupowego wpisu „Pradawne i pierwotne lasy bukowe Karpat i innych regionów Europy, który – obejmując 94 obszary w 18 krajach Europy – jest największym tego typu wpisem. Na listę trafiły cztery obszary bieszczadzkich lasów o charakterze pierwotnym, których łączna powierzchnia wynosi 3472 ha (11% powierzchni parku). Wpisem objęto doliny potoków Wołosatka, Górna Solinka i Terebowiec, północne zbocza Połoniny Wetlińskiej i Smereka, a także przygrzbietowe partie Pasma Granicznego i stoki Małej oraz Wielkiej Rawki.

28 lipca 2021 roku, podczas odbywającej się w chińskim Fuzhou 44 sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa, na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO trafił kolejny obiekt
z Polski. W ten sposób wyróżnione zostały fragmenty lasów bukowych Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Weszły one w skład grupowego wpisu „Pradawne i pierwotne lasy bukowe Karpat i innych regionów Europy”, który obejmuje obecnie 94 obszary położone w 18 krajach europejskich i jest największym grupowym wpisem na liście. Mianem światowego dziedzictwa objęto drzewostany bukowe, których naturalność i pierwotność zostały najwyżej ocenione podczas inwentaryzacji i waloryzacji bieszczadzkich lasów. Znajdziemy wśród nich także najstarsze (ponad 360 lat) i najwyższe (35 m) drzewostany tego gatunku w Polsce.

Ten wspólny wpis odzwierciedla prawie całe spektrum występowania lasów bukowych na kontynencie europejskim: od nadmorskich nizin po pogórza i tereny górskie, od śródziemnomorskich buczyn dynarskich na południu po położone na północy buczyny nadbałtyckie. Obejmuje nieliczne już, pierwotne lub zbliżone do naturalnych starodrzewy bukowe, które w niewielkim stopniu zostały zmienione przez człowieka.

Europejskie pierwotne lasy bukowe na liście UNESCO pojawiły się w 2007 roku, kiedy to pod nazwą Pierwotne lasy bukowe Karpat” pisano dziesięć obszarów znajdujących się na Słowacji i Ukrainie. W 2011 roku wpis rozszerzono o pięć lokalizacji z Niemiec. W 2017 roku dodano aż 63 nowe obszary z dziesięciu krajów oraz zmieniono nazwę wpisu na obecną. Razem z buczynami bieszczadzkimi w 2021 roku dołączono do niego 11 obszarów z Bośni i Hercegowiny, Czech, Francji, Macedonii Północnej oraz Szwajcarii. 

Wpisane właśnie na listę polskie buczyny położone są na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego i łącznie zajmują powierzchnię 3472 ha (11% obszaru parku). Znajdują się w najbardziej niedostępnych zakątkach tego obszaru: w dolinach potoków Wołosatka, Górna Solinka i Terebowiec, na północnych stokach Połoniny Wetlińskiej i Smereka, a także
w przy grzbietowych partiach Pasma Granicznego oraz na zboczach Małej i Wielkiej Rawki. Szczyt Kremenarosa, czyli miejsce styku trzech granic państwowych, obecnie jest także zwornikiem trzech obszarów światowego dziedzictwa wchodzących w skład wpisu Pradawne i pierwotne lasy bukowe Karpat i innych regionów Europy (polskiego, ukraińskiego „Stużycia” i słowackiego „Stužica”). Strefę buforową dla obszarów objętych wpisem stanowić będą pozostałe lasy Bieszczadzkiego Parku Narodowego objęte ochroną ścisłą. 

Warto jednak nadmienić, że włączenie na listę UNESCO fragmentów Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie zmieni sposobu ich udostępnienia turystycznego. Część z nich możemy podziwiać z wyznakowanych szlaków pieszych oraz parkowych ścieżek dydaktycznych.

Szymon Bijak 

Zdjęcia Dagmara Kowalska

“Cichy Memoriał” Wyjątkowa galeria sztuki ulicznej Arkadiusza Andrejkowa

 

„Cichy Memoriał”

 

Z czym może się kojarzyć województwo podkarpackie? Zapewne w pierwszej kolejności każdy turysta wymieni Bieszczady, a przede wszystkim bieszczadzkie połoniny. Magiczne, wciąż dzikie miejsce, w którym można się zapomnieć.

 

Jednak w rzeczywistości Podkarpacie to dużo więcej. Będąc w województwie podkarpackim nie można zapomnieć o wyjątkowej galerii sztuki ulicznej, którą stworzył lokalny artysta – Arkadiusz Andrejkow. To właśnie tutaj, w południowo-wschodniej Polsce, znaleźć można niezwykłe, malowane na drewnie dzieła – nazywane „Cichym Memoriałem” − nadające temu zakątkowi Polski niepowtarzalnego klimatu.

 

Mimo że murale kojarzą się głównie ze współczesnością, w rzeczywistości swoje korzenie mają jeszcze w starożytności. Obecnie są to wielkoformatowe dzieła malowane na murach, mające na celu przyciągnąć uwagę. W wielu miastach i miasteczkach na betonowych budynkach powstają uliczne malowidła, które z roku na rok wzbudzają zainteresowanie coraz większej rzeszy fanów street artu. Jednak to, co powstało w województwie podkarpackim, jest czymś wyjątkowym. Zobaczenie jednego dzieła z projektu „Cichy Memoriał” sprawia, że rusza się w niesamowitą podróż przez podkarpackie wsie w poszukiwaniu portretów na drewnie…

 

„Murale”, które powstają na podkarpackich wsiach

Portrety z projektu „Cichy Memoriał” wyglądają jak żywe, jakby osoby namalowane na drewnie miały zaraz wyjść i dołączyć do nas, razem zasiąść do stołu, śmiać się. W oddali czuć ich obecność, słychać ich śmiech… To dzieła artysty z Sanoka – Arkadiusza Andrejkowa. Jeszcze kilkanaście lat temu był grafficiarzem, malował pod osłoną nocy na betonowych ścianach, głównie abstrakcje. W końcu zaczął tworzyć coś absolutnie niezwykłego, co na zawsze miało odmienić obraz podkarpackich wsi. Wędrując, widział wiele drewnianych szop i stodół, dostrzegając ich potencjał. Było ich tak wiele, że mogły stać się doskonałym podłożem dla portretów. Dało to możliwość podarowania drugiego życia drewnianym stodołom, ale również ludziom, których portrety zaczęły się na nich pojawiać. Gdyby tylko deski potrafiły mówić… mogłyby opowiedzieć nam niejedną historię, o której lokalna społeczność może już nie pamiętać. Tak jak i osoby, które zaczęły zdobić drewniane szopy… Pomysł na „Cichy Memoriał” był niezwykły od samego początku!

 

Projekt „Cichy Memoriał”

Projekt ruszył w 2017 roku, kiedy to Andrejkow zaczął malować niesamowite portrety na drewnianych szopach i stodołach. Surowe naturalne podłoże, na którym można było od razu malować, stanowiły idealne połączenie naturalnego surowca z sielskim klimatem podkarpackich wsi. Andrejkow nie chciał malować królów, wielkich bohaterów, znanych postaci – ci mają już tysiące portretów i świat zawsze będzie o nich pamiętać. Chciał malować po prostu zwykłych mieszkańców podkarpackich wsi, lokalnych bohaterów, o których świat pewnie nigdy nie usłyszy. Naszych dziadków, rodziców, nasze dzieci, naszych nauczycieli, rolników – ludzi, którzy również zasługują na pamięć. Na to, by ktoś o nich usłyszał, by ktoś mógł przystanąć przy ich twarzach i spojrzeć im w oczy, zastanowić się nad ich historią, nad dziejami lokalnej społeczności. To także bohaterowie – nasi i tylko nasi, i my nigdy o nich nie zapomnimy. Są częścią nas, a teraz częścią czegoś jeszcze większego – częścią „Cichego Memoriału”, który składa im hołd. Na portretach znajdziemy tych, którzy już dawno od nas odeszli, ale dzięki wspaniałym dziełom Andrejkowa, mogą z nami zostać na dłużej i na wyciągnięcie ręki. Na portretach są także i ci, którzy są wciąż z nami, uchwyceni w wyjątkowych dla rodziny i lokalnej społeczności chwilach, które mogą pozostać na dłużej na drewnianym portrecie.

 

Jak powstają portrety „Cichy Memoriał”?

Do realizacji każdego z portretu Andrejkow wykorzystuje stare, rodzinne fotografie, na których można odnaleźć wyjątkowe chwile dla danej rodziny czy wsi. To niezwykłe pamiątkowe zdjęcia, na których widać emocje i melancholię. I to widać także na każdym z portretów projektu „Cichy Memoriał”. Każda postać wygląda jak żywa, jakby wróciła do nas i już nigdy nie pozwolimy jej odejść. Andrejkow podczas swoich podróży przekonał się, jak wyjątkowi ludzie mieszkają w podkarpackich wsiach. Cechuje ich bezinteresowna życzliwość, „serce na talerzu”, melancholia, niesamowite momenty z historii danej społeczności. W ich życiu trud dnia codziennego przeplata się z wiejską sielanką. Są to ludzie dbający o swoją spuściznę i pamięć o swoich przodkach i członkach rodziny. „Murale” są doskonałym powrotem do korzeni i zwieńczeniem podkarpackiej tożsamości. Ci, którzy odeszli, nie muszą odchodzić na zawsze, mogą z nami zostać na niezwykłym portrecie.

 

Dzieła Andrejkowa zazwyczaj powstają w jeden dzień. Najczęściej sami właściciele szop czy stodół kontaktują się z artystą, wysyłają zdjęcia drewnianej szopy, zdjęcie, które chcieliby zobaczyć na drewnianym podłożu. Dalej artysta ocenia stan szopy, maluje szkic dzieła, które miałoby powstać, przesyła ów projekt rodzinie i tak zaczyna się wspólna, artystyczna przygoda… Andrejkow podróżuje komunikacją publiczną, dzięki czemu ma szansę poznać najróżniejsze zakątki podkarpackich wsi, powolutku, z zadumą. Postaci na portretach maluje szkicowo, transparentnie, by stanowiły integralną część drewnianego podłoża, by naturalnie wtapiały się w otoczenie. Ożywia tych, za którymi tęsknimy. Daje drugie życie tym, których kochamy i chcielibyśmy zatrzymać na dłużej…

 

Murale czy jednak deskale/drewnale?

Projekt „Cichy Memoriał” to niezwykłe dzieła, które powstają na drewnianych szopach i stodołach, dlatego też niektórzy twierdzą, że nie powinny być nazywane „muralami”, bowiem nie powstają na betonowych powierzchniach, na murach, lecz wyłącznie na drewnie. Autor nie spoczywa na laurach, co roku tworząc mnóstwo nowych dzieł na drewnianych budynkach wsi. Dlatego też jego dzieła zaczęto lokalnie nazywać deskalami czy drewnalami. Mimo że nazwa ta jest stosunkowo nowa, nie dziwi już mieszkańców podkarpackich wiosek. Projekt jest na tyle wyjątkowy, że zasługuje na swoją własną nazwę.

 

Dzieła z projektu „Cichy Memoriał” są najpiękniejszą galerią wiejskiej sztuki ulicznej. Nadają duszy podkarpackim wsiom, dają drugie życie drewnianym budynkom, ale przede wszystkim dają drugie życie bliskim, których rodzina chce zatrzymać na dłużej. To jedna z najbardziej niesamowitych, melancholijnych wycieczek. Zobaczenie jednego deskala z pewnością sprawi, że każdy podróżny będzie chciał zobaczyć kolejny z niesamowitych portretów i ruszy szlakiem podkarpackich wiosek w poszukiwaniu naszych przodków, bliskich, ich twarzy i sylwetek malowanych na drewnie. Przystanie pod nimi z zadumą i wyobrazi sobie, jaka była historia tej rodziny i lokalnej społeczności. To nasi bohaterowie, nasi najbliżsi. Być może bez imienia na portrecie, być może obcy dla podróżnego, a jednak po kilku chwilach stają się coraz bliżsi, a serce bije mocniej. Taka jest niezwykła moc tych pięknych dzieł na drewnie w podkarpackich wioskach i wioseczkach. Warto zagubić się w poszukiwaniu kolejnych dzieł, by znaleźć duszę Podkarpacia i jego zwykłych-niezwykłych mieszkańców, którzy są sercem tego miejsca. Ta wyjątkowa wycieczka na zawsze zostanie w pamięci każdego, kto ruszy szlakiem „Cichego Memoriału”, a pamięć o ludziach z portretów na zawsze już pozostanie żywa.

 

Po więcej podkarpackich inspiracji zapraszamy na bloga rudeiczarne.pl, gdzie znaleźć można wiele publikacji stworzonych w trakcie przemierzania Podkarpacia, które cieszy się ogromnym zainteresowaniem turystów i podróżnych, pozwalając szerzej spojrzeć na ten wyjątkowy zakątek Polski, wciąż niedoceniany i nadal przez wielu nieodkryty, a jakże fascynujący.

 

Tekst  i zdjęcia: Karolina Miller i Piotr Andruszko

 

Dzwoni już 500 lat…

  • Barwny korowód z repliką Zygmunta (1)
  • Barwny korowód z repliką Zygmunta (2)
  • Okno wieży z dzwonem Zygmunta – widoczni dzwonnicy i konopne liny poruszające dzwon
  • Plakat sympozjum naukowego
  • Zawieszenie dwonu Zygmunta na wieży katerdy na Wawelu w Krakowie w 1521 roku. Jan Matejko (1838-1893). Ze zbiorów Muzeum Narodowego w warszawie

 

 

Dzwon Zygmunta – jego majestatyczny głos dochodzi aż do Wielkanocy… Mowa, oczywiście, o położonej niedaleko Krakowa wsi Wielkanoc, w której podobno można go usłyszeć. Wprawiany jest w ruch przez 12 dzwonników, którzy pociągając za konopne liny, mogą rozkołysać kolosa w główne święta kościelne, w rocznice najważniejszych wydarzeń oraz w święta narodowe – 3 Maja i 11 Listopada. Jest jednym z trzech wielkich dzwonów w Europie, poruszanych do dzisiaj siłą ludzkich mięśni (dwa pozostałe to Zygmunt na Hradczanach w Pradze i Tuba Dei w Toruniu). Dzwon Zygmunta – odlany w Krakowie przez Jana (Hansa) Behema z Norymbergii – waży 12 600 kg i ma 450 m wysokości z jarzmem i sercem, a jego słyszalność sięga nawet 30 km. Po raz pierwszy zabrzmiał 13 lipca 1521 roku tuż przed 111. rocznicą bitwy pod Grunwaldem; słuchały go zapewne tysiące ludzi, a także jego fundator – król Zygmunt Stary.

 

Pięćsetną rocznicę tego wydarzenia Kraków uroczyście świętował od 28 czerwca do 13 lipca 2021 roku pod patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy. W auli Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej odbyło się dwudniowe sympozjum naukowe. W czasie tego spotkania z udziałem kilkudziesięciu osób, w tym także gości z Litwy i Czech, zainaugurowanego wysłuchaniem dźwięku Zygmunta, wygłoszono interesujące referaty poświęcone historii królewskiego dzwonu i ukazaniu jego znaczenia w dziejach państwa i narodu polskiego. Wśród autorów referatów znaleźli się m.in. specjaliści z dziedziny akustyki, dendrologii, sztuki ciesielskiej, metalurgii, ukazując mniej znane aspekty historii Zygmunta. Jeden z referatów dotyczył także „brata” wawelskiego Zygmunta z dzwonnicy katedry św. Stanisława w Wilnie.

 

Każdy dzwon kościelny ma w swym życiu trzy momenty inicjacyjne – zaznaczył w powitalnym wystąpieniu prof. Mieczysław Rokosz, inicjator i organizator sympozjum, wawelski dzwonnik – wydobycie odlanego dzwonu z jamy odlewniczej, następnie jego konsekracja i chrzest w uroczystym obrzędzie liturgicznym i wydźwignięcie go na wieżę, zawieszenie i pierwsze dzwonienie. Właśnie zawieszenie dzwonu w 1521 roku było okazją do kilkudniowych krakowskich uroczystości. W ramach sympozjum była także możliwość zwiedzania wawelskiej katedry i Wieży Zygmuntowskiej, gdzie jest zawieszony Zygmunt wraz z kilkoma innymi dzwonami, oraz Wieży Wikaryjskiej, zwanej także Wieżą Srebrnych Dzwonów. Zygmunt odezwał się na koniec sympozjum w dniu 29 czerwca, w uroczystość św. Piotra i Pawła.

 

W ramach obchodów jubileuszu 500-lecia dzwonu, w dniu 13 lipca, odbyła się dźwiękowo-wizualna rekonstrukcja zawieszenia dzwonu (w postaci plenerowej inscenizacji), a zygmuntowski korowód był kulminacyjnym punktem rocznicowych uroczystości. Była to barwna parada od Barbakanu, ulicą Floriańską, przez Rynek Główny pod Wawel, z udziałem aktorów występujących w strojach z epoki, tancerzy, muzyków, Bractwa Kurkowego – wielkie widowisko przybliżające renesansowy świat tańców i zabaw. Głównym elementem korowodu była replika Zygmunta wieziona specjalnie przygotowanym pojazdem na Wawel. Oddzielnie niesiono serce dzwonu. Pod wieżą ratuszową na Rynku Głównym miał miejsce spektakl baletu Cracovia Danza pt. Kiedy tańczą dzwony. W czasie wakacji można było oglądać replikę dzwonu, wyeksponowaną w różnych punktach miasta. Inną jubileuszową atrakcją jest wystawiony na Wawelu obraz Jana Matejki Zawieszenie dzwonu Zygmunta, datowany na rok 1874, wypożyczony z Muzeum Narodowego w Warszawie. Organizatorem rocznicowych uroczystości  było miasto Kraków, Zamek Królewski na Wawelu, Katedra Wawelska, Dom Norymberski w Krakowie i Małopolska Organizacja Turystyczna.

 

Zygmunt dzwoni już 500 lat, jednakże następuje powolne zużywanie materiału, z którego zbudowany jest klosz dzwonu w miejscu uderzeń jego serca. Według najnowszych badań dzwon wytrzyma następne 500 lat, później można go obrócić o 90o, by serce mogło uderzać w nowe miejsca jeszcze przez kolejne 1 000 lat!

 

Tekst Józef Partyka